sobota, 25 czerwca 2011

wyobraziłam sobie właśnie siebie, nas, za kilkadziesiąt lat. będę babcią, która robi sama syrop z sosny, tak jak teraz, wychodzę na cały dzien zbierać młode pędy, wybieram te najlepsze, może nawet uda mi się Ciebie co roku wyciagnąc na taka wyprawę i zbiory do kobiałek po truskawkach. na powietrzu czasem mniej boli mnie głowa. zasypujemy je cukrem, grzeją się na parapecie kilka tygodni, dziś zlewam z nich syrop. dwa razy filtruję przez bibułki zanim trafi do małych buteleczek po tymbarku, na jednej zakrętce "zauroczona" na drugiej "mój ty tygrysie mrrrrrr", wyciskam palcami bibułki, oblizuję kazdy palec po kolei, szkoda myć. pędy zaleję spirytusem, rozcienczymy później wódką. obok mnie stoją zawekowane słoiki z dżemem rabarbarowo pomarańczowym. łatwizna doz robienia, a rabarbar to takie przyjemne rośliny, same rozbierają ci się w palcach. będę mamą i babcią ze spiżarnią, z kolorowymi słoikami pełnymi smakołyków, własnoręcznie pięknie opisanymi "dżemorabarbar, czerwiec 2011", pierwsze już są.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

no to wkładamy w puszkę.


nasze wspomnienia, plany, marzenia, wyznania. co bedzie aktualne za te 3,4 lata? równocześnie dziwne i podniecajace doświadczenie.

mylą nam się słowa, mylą nam się osoby, my jesteśmy po środku, prosty wybór, ja jestem tobą, ty jesteś mną, to miedzy nami siedzi nam w głowach, miedzy głowami, widzę plątaninę pastelowych nitek, spaghetti LEDowe, iskrzy się między nami.

chcę przy Tobie zasypiać.
chcę się przy Tobie budzić.
chcę z Tobą mieszkać.
chcę z Tobą żyć.
chcę do Ciebie wracać.
chcę na Ciebie czekać.
chcę Ci gotować.
chcę Ci zmywać naczynia.

oo.

chcę cię mocno trzymać. będe cię mocno trzymać.
te urodziny co roku będą magiczne.

zobacz, jaki cudny plan. gotowy. ja zajmę się jedzeniem na wyprawę, twoją wyprawę nad pełne morze, dawno nie czułam tej bryzy, później wino i spacer spacer po moich łąkach, na spokojnie, nigdzie się nie spieszmy.

ja mam mnóswto czasu.
ja też.
wszystkiemu damy radę, ja to wiem, dam z siebie wszystko.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

jestem taką sinusoidą.
od krzyczenia barwami staję się nagle totalnie jednolita, koloruj mnie, szybko, bo czasem blednę i nic na to nie mogę poradzić, sama staczam się w dół po pochyłej, szarej i zimnej. coś mnie musi kopnąć w dupę.
chciałabym zwalić to wszytsko na hormony, to że wrzeszczę i powtarzam czasem w głowie takie sprzeczności, że samej robi mi się od nich nie dobrze i nie chce mi się wierzyć, że potrafię tak o nas myśleć, mdlące zgniłe powietrze.

rozgryzasz mnie powoli, sama się docieram, nie zawsze rozumiem, ale muszę się trochę oddalić, żeby wrócić ze wzmożoną siłą, na pełnej kurwie kochać Cię jeszcze bardziej.
irytuja mnie małe rzeczy, tak, że gdy się powtarzają, wkurzam się coraz bardziej, robię miny i ranię nas oboje, mam dość, nic nie mówiąc, a jak ubiorę w słowa, to wszytsko ładnie układamy, problem znika, a ja dalej noszę w sobie złość, nic nie przechodzi.
chcę krzyczeć, płakać we wściekłości, uciec, wybiec, rzucić talerzem, kopnąć śmietnik, chcę żebyśmy spotkali się w połowie w szale i rzucili się sobie nawzajem z emocjami, żeby poczuć, że tu, to tu
ale nie, Ty spokojnie rozwiązujesz każdy supeł na mych splątanych włosach, powoli rozprostowujesz moje palce, które w nerwowym szale bawią się pierwszym napotkanym guzikiem, sznurkiem, mankietem, długopisem, zapalniczką, słuchawkami, pierścionkiem, wisiorkiem, butelką....
to nie do zniesienia.

potrzebuję burzy

właśnie dlatego, że Cię kocham i nie mogę znieść tych suchych czarnych wyblakłych myśli o tobie, które mam, kiedy jestem zalana po uszy gównem, jakby nie były moje, ale słyszę je i nie chcę ich.


a następnego dnia nie mogę wypuścić cię z rąk, patrzę w rozszerzone źrenice, słonce łaskoczące cię w kark, słucham bajek, opowiadanych mi na dobranoc i kiedy trzymam  cię w ramie moich ramion, mam wrażenie, że chronię cię przed złem całego świata, że mogę być twoją tarczą, że jesteśmy na granicy, ciepłej pustki i nie puszczę cię. nie puszczę. nie musisz się bać.

to okrutnie schizofreniczne.