od krzyczenia barwami staję się nagle totalnie jednolita, koloruj mnie, szybko, bo czasem blednę i nic na to nie mogę poradzić, sama staczam się w dół po pochyłej, szarej i zimnej. coś mnie musi kopnąć w dupę.
chciałabym zwalić to wszytsko na hormony, to że wrzeszczę i powtarzam czasem w głowie takie sprzeczności, że samej robi mi się od nich nie dobrze i nie chce mi się wierzyć, że potrafię tak o nas myśleć, mdlące zgniłe powietrze.
rozgryzasz mnie powoli, sama się docieram, nie zawsze rozumiem, ale muszę się trochę oddalić, żeby wrócić ze wzmożoną siłą, na pełnej kurwie kochać Cię jeszcze bardziej.
irytuja mnie małe rzeczy, tak, że gdy się powtarzają, wkurzam się coraz bardziej, robię miny i ranię nas oboje, mam dość, nic nie mówiąc, a jak ubiorę w słowa, to wszytsko ładnie układamy, problem znika, a ja dalej noszę w sobie złość, nic nie przechodzi.
chcę krzyczeć, płakać we wściekłości, uciec, wybiec, rzucić talerzem, kopnąć śmietnik, chcę żebyśmy spotkali się w połowie w szale i rzucili się sobie nawzajem z emocjami, żeby poczuć, że tu, to tu
ale nie, Ty spokojnie rozwiązujesz każdy supeł na mych splątanych włosach, powoli rozprostowujesz moje palce, które w nerwowym szale bawią się pierwszym napotkanym guzikiem, sznurkiem, mankietem, długopisem, zapalniczką, słuchawkami, pierścionkiem, wisiorkiem, butelką....
to nie do zniesienia.
potrzebuję burzy
właśnie dlatego, że Cię kocham i nie mogę znieść tych suchych czarnych wyblakłych myśli o tobie, które mam, kiedy jestem zalana po uszy gównem, jakby nie były moje, ale słyszę je i nie chcę ich.
a następnego dnia nie mogę wypuścić cię z rąk, patrzę w rozszerzone źrenice, słonce łaskoczące cię w kark, słucham bajek, opowiadanych mi na dobranoc i kiedy trzymam cię w ramie moich ramion, mam wrażenie, że chronię cię przed złem całego świata, że mogę być twoją tarczą, że jesteśmy na granicy, ciepłej pustki i nie puszczę cię. nie puszczę. nie musisz się bać.
to okrutnie schizofreniczne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz