góra dół góra dół góra dół góra dół góra dół
to nie karuzela, nie panuję nad hormonami czy co, do kurwy nędzy, przed okresem szukam dziury w całym, przynajmniej mam taką nadzieję.
boję się odpowiedzialności, ciężaru, klatki, że nie mam wyjścia i jestem skazana, boję się zbyt dużych wyznań, których ja jeszcze nie potrafię odbić i nie będe tego robić, jeśli tak nie mam.
uwielbiam.
to okrutnie dużo, w tej chwili najwyższa poprzeczka na która mnie stać.
boję się, że mi się nie uda, mam w sobie małą dziewczynkę, tchórza, a równocześnie jestem silną kobietą, o której wiem, że nigdy nie zostawi siebie na lodzie, jestem w stanie się sobą zaopiekowac, tylko muszę wziąć sprawy w swoje ręce.
nie wiem czy boję się tego,że coś sie zchrzani, że będę chciała uciec i zapomnieć, a nie będę mogła, będę daleko, skazana na człowieka, z którym teraz chcę mieć tyle wspólnego i wcale nie przeszkadza mi bardzo wiele współnych planów i myśli. ale przez głupią przeszłość się asekuruję i nale teraz straciłam wątek.
nie mogę się temu poddać.
wiem, że jesteś mój. dla mnie. że dawno nie było z nikim tak naturalnie. że dostaję pierdolca od życia, a jestem z tobą i się uspokajam, serce i dusza biją równiej, mam oparcie i baterie.
ile trzeba przeczekać, żeby wypłynęła z krwi trucizna?
tymczasem dopisuję do listy następny punkt
gdzieś się zgubiłam, jestem polepiona, jedna ja mówi "ja wychodzę", druga "ja zostaję", chcę uciec i chcę, żebyś złapał mnie za rękę.
i czuję jak chwytasz mnie za twarz, patrzysz na mnie i mówisz rzeczy, o których zaraz polecą mi łzy, więc obracam wszystko w żart.
jestem niepoważna.
znów mnie wzruszasz. na wskroś.