wyhodowałam swoje imię.
byłam dziewczynką, zdrobnieniem, kruszynką i miłym ciepłym puszkiem, który rozjaśnia mniej pogodne dni.
przez tyle nie przeszkadzało mi to, ba, sama się tak nazywałam, zuzia, jak asia, kasia, normalna, miła, grzeczna, ułożona, a zaczęło mnie wkurwiać, kiedy zaczęło to nade mna panować. dojrzałam do zmian, na przekór przyzwyczajeniom, innym, zbudowalam się na nowo, z pasją. nawet imie mam inne. zuza,
moge być twoja zuzanką, zuzką, ale to wszytsko jest niczym przy mnie. jestem twarda.
wiem, ze dam rade. nikt nie mówi, że to bedzie łatwe, na pewno przede mna wiele poślizgów i nieporozumień i dołów czarnych, cuchnacych zgnilizną.
ale wiesz co jest wazne? ze wiem, ze bedziesz obok. ze nie damy sobie nawzajem spleśnieć. że my sie nie zepsujemy.
nie mam pojecia jak to bedzie wygladac, czy wyladujemy na lotnisku w obcym miejscu i nie bedziemy wiedzieli dokąd możemy iść, gdzies spac, skad wziac bezpieczenstwo i dom.
o jasny gwint, tak, chce stworzyc z toba dom. to moga byc 4 sciany, ale ufne i swoje. z gadzetami mówiącymi o nas, kilkoma skrytkami na sekrety, miejscem do pracy i powagi, ze przy jednym stole siedzimy naprzeciwko siebie i kazdy sobie robi co musi, po to, by pozniej polozyc sie obok siebie i ogladac do nocy film, zeby zakwitac co chwila nowym.
mozecie mnie nienawidzic.
wyjezdzam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz