"dla mężczyzny tęsknota jest równoznaczna z miłością"
zołzy
gdzie byłaś?
przecież nie musiałeś się martwić, z resztą, to w sumie dobrze, że czasem nie wiesz gdzie jestem, a przecież wiesz, że w końcu kiedyś wrócę.
nie, to nie dobrze. nie lubię nie wiedzieć, gdzie jesteś. czuję się wtedy jak przechuj totalny. że jesteś dla mnie tak wyjątkowa, a nie wiem gdzie w danej chwili jesteś. nie mogę tego znieść. szukałem cię. i nie mogłem znaleźć, wiec jako przechuj, poszedłem do baru.
haha, bo nic innego w takim razie nie pozostało?
no i wtedy przyszłaś. jeju, jak mi się morda cieszy, jak w końcu jesteś.
i kupiłeś mi drinka.
tak, nie za cierpki, nie za słodki. pamiętam. mangopirini
jestem pomarańczowa.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
niedziela, 30 stycznia 2011
powoli zaczynam coś obczajać i klarować.
boże, jakie to trudne, chcę coś powiedzieć, to ważne, wiem, że chcę i wiem, że to pomoże, że nie zepsuje, że dobrze to przyjmiesz, że mi pomożesz, a zbieram się jak pies do jeża, przechodzą mi przez gardło wszystkie inne słowa, ale nie te, milknę, myślę razdwatrzy, biorę oddech i wypuszczam ze świstem powietrze, nie słowa. w końcu łatwiej nam mówić o sobie w 3 osobie.
cześć, mam na imię zuza, mam 21 lat.
a ty mnie w ciszy przytulasz. słyszę jak od włosów odbijają mi się słowa i spływają w płatki uszu. ile kosztowało mnie wyznanie niektórych rzeczy. i to, że się boimy. i nagle doszło do mnie, jaka wielka spoczywa na mnie odpowiedzialność.
pamiętam, jak nie mogłem spać, jak kiedyś powiedziałaś, że szybko się nudzisz. odbijały mi się te słowa w czaszce, nie wiedziałem co robić. poczułem, że na prawdę na tobie mi zależy. to jest tak, że nie wiem jak będzie, ale było kurwa warto, nawet jeśli to ma się rozlecieć. a nie chcę tego.
mam w myślach tysiące wyznań, na które może i jest za wcześnie, ale to tak czyste myśli, jak nigdy.
pierwszy raz od wielu lat, może jak wtedy, nastoletnie pierwsze miłości, chcę się zaangażować, tak naiwnie, może teraz to to samo, ale nie takie głupie i nastoletnie, ale nagle w moim idealnym, poukładanym życiu, nie egocentrycznym, ale zdecydowanie asertywnym, nagle pomyślałem sobie, że mimo całego planu, chcę być tam gdzie ty. gdziekolwiek to będzie.
pamiętam wieczór, kiedy byliśmy na tamtej imprezie po nartach, ty pewnie nie pamiętasz, świetnie sobie radzisz, ale zatańczyliśmy jeden kawałek, a ja wtedy pomyślałem, że jeśli nie spróbuję być z tą dziewczyną, to będę tego żałować do końca życia.
ale nic nie robiłem w tym kierunku. cieszyłem się rzadkimi rozmowami, przypadkowymi spotkaniami. a kiedy wyjechałem na te 4 miesiące, jak wróciłem, to wiedziałem, że jesteś jedną z osób, z którymi muszę odnowić kontakt. a nie było ich wiele, 4 miesiące to kupa czasu i przyjaciele topnieją. ale ty gdzieś tam cały czas byłaś w podświadomości.
to takie niesamowite, że jesteś połączeniem bardzo dojrzałej emocjonalnie kobiety i zdołałaś zachować taką dziecięcą naiwność, radość. jak ty to robisz? w idealnych proporcjach.
to wszystko jest tak wyjątkowe, jak nigdy (znowu to słowo). to głupie i bardzo naiwne myśli, ale same cisną się na usta. nie możemy za dużo myśleć, bo oboje sobie wtedy gmatwamy, plączą się pomysły, jak słuchawki w kieszeni. to chyba właśnie jest dobry plan- słuchawki bez kabla. nie ma gdzie zahaczyć i wyrwać z gniazdka, połączenie jest ciągle aktualne, tylko trzeba je regularnie doładowywać.
welcome in the game
boże, jakie to trudne, chcę coś powiedzieć, to ważne, wiem, że chcę i wiem, że to pomoże, że nie zepsuje, że dobrze to przyjmiesz, że mi pomożesz, a zbieram się jak pies do jeża, przechodzą mi przez gardło wszystkie inne słowa, ale nie te, milknę, myślę razdwatrzy, biorę oddech i wypuszczam ze świstem powietrze, nie słowa. w końcu łatwiej nam mówić o sobie w 3 osobie.
cześć, mam na imię zuza, mam 21 lat.
a ty mnie w ciszy przytulasz. słyszę jak od włosów odbijają mi się słowa i spływają w płatki uszu. ile kosztowało mnie wyznanie niektórych rzeczy. i to, że się boimy. i nagle doszło do mnie, jaka wielka spoczywa na mnie odpowiedzialność.
pamiętam, jak nie mogłem spać, jak kiedyś powiedziałaś, że szybko się nudzisz. odbijały mi się te słowa w czaszce, nie wiedziałem co robić. poczułem, że na prawdę na tobie mi zależy. to jest tak, że nie wiem jak będzie, ale było kurwa warto, nawet jeśli to ma się rozlecieć. a nie chcę tego.
mam w myślach tysiące wyznań, na które może i jest za wcześnie, ale to tak czyste myśli, jak nigdy.
pierwszy raz od wielu lat, może jak wtedy, nastoletnie pierwsze miłości, chcę się zaangażować, tak naiwnie, może teraz to to samo, ale nie takie głupie i nastoletnie, ale nagle w moim idealnym, poukładanym życiu, nie egocentrycznym, ale zdecydowanie asertywnym, nagle pomyślałem sobie, że mimo całego planu, chcę być tam gdzie ty. gdziekolwiek to będzie.
pamiętam wieczór, kiedy byliśmy na tamtej imprezie po nartach, ty pewnie nie pamiętasz, świetnie sobie radzisz, ale zatańczyliśmy jeden kawałek, a ja wtedy pomyślałem, że jeśli nie spróbuję być z tą dziewczyną, to będę tego żałować do końca życia.
ale nic nie robiłem w tym kierunku. cieszyłem się rzadkimi rozmowami, przypadkowymi spotkaniami. a kiedy wyjechałem na te 4 miesiące, jak wróciłem, to wiedziałem, że jesteś jedną z osób, z którymi muszę odnowić kontakt. a nie było ich wiele, 4 miesiące to kupa czasu i przyjaciele topnieją. ale ty gdzieś tam cały czas byłaś w podświadomości.
to takie niesamowite, że jesteś połączeniem bardzo dojrzałej emocjonalnie kobiety i zdołałaś zachować taką dziecięcą naiwność, radość. jak ty to robisz? w idealnych proporcjach.
to wszystko jest tak wyjątkowe, jak nigdy (znowu to słowo). to głupie i bardzo naiwne myśli, ale same cisną się na usta. nie możemy za dużo myśleć, bo oboje sobie wtedy gmatwamy, plączą się pomysły, jak słuchawki w kieszeni. to chyba właśnie jest dobry plan- słuchawki bez kabla. nie ma gdzie zahaczyć i wyrwać z gniazdka, połączenie jest ciągle aktualne, tylko trzeba je regularnie doładowywać.
welcome in the game
piątek, 28 stycznia 2011
zróbmy coś
to magiczne "coś", jak wtedy kiedy byliśmy mali i mama szła na zakupy i było to kosmiczne "kup mi coś". coś, cokolwiek, jest nieokreślone i kiedy jest, sprawia niebywałą przyjemność, a wcale nie musi być duże, nie musi być drogie, ani zabierać dużo czasu. jest czymś zaskakującym, niezwykłym, nie jest wpisane w codzienny rytm.
COŚ
wiem, że jak czegoś, tego coś, nie zrobię to ocipieję.
a ty mi na to
Ok
to magiczne "coś", jak wtedy kiedy byliśmy mali i mama szła na zakupy i było to kosmiczne "kup mi coś". coś, cokolwiek, jest nieokreślone i kiedy jest, sprawia niebywałą przyjemność, a wcale nie musi być duże, nie musi być drogie, ani zabierać dużo czasu. jest czymś zaskakującym, niezwykłym, nie jest wpisane w codzienny rytm.
COŚ
wiem, że jak czegoś, tego coś, nie zrobię to ocipieję.
a ty mi na to
Ok
czwartek, 27 stycznia 2011
wszystkich pokurwiło i robią mi reklamę, jakbym potrzebowała speców, menagerów, wiem, że zawsze chodzi o to, żeby się sprzedać, ale do kurwy nędzy- tak, jestem szatanem, szatana się nie reklamuje. mimowolnie się w jakiś sposób do niego ciagnie, nie?
może i noszę wczorajszy makijaż, ale nikt o tym nie wie. wyglądam świetnie, dopóki sama tak o sobie myślę. i tak, wkurwiają mnie ludzie, którzy wciąz powtarzają, że jest chujowo, którzy na pytanie co tam, odpowiadają, że stara bieda, że nic ciekawego. zrób coś kurwa ze swoim życiem, masz nie to, na co zasługujesz, ale to co sam sobie dajesz.
chcę karuzeli emocji, każdych, wszystkie smaki, przy tobie znika mi stres w żołądku i wchłaniają się wyimaginowane wrzody.
i pomyślałem, stojąc w tramwaju, słuchałem muzyki i wyobrażałem sobie ciebie, wtedy uderzyło mnie, że gdybym nie potrafił cię zobaczyć w myślach, tak jak wtedy, to rozniósłbym chyba ten tramwaj, tak bym się wkurzył, to byłby koniec, nie do wyrażenia.
planuję bardzo powoli, kilka najbliższych dni, trudno mi dalej uwierzyć, że jest coś poza tym.
jest tyle do zrobienia, wyjaśnienia, zbudowania, opowieści małych i dużych, niedokończonych myśli, które są trudne do wyjęcia spod skóry, a wiesz, a chcesz, bo byłoby łatwiej, gdyby je wypuścić, rozdmuchać każdym wypowiedzeniem, wydychasz powietrze, a one się rozpływają, jak papierosowy dym, na początku gęste, masz wrażenie, że ten smród się do ciebie przylepi, oklei ciała, włosy, myśli, że dłonie będą nieswoje i zamglą się oczy.
a tymczasem, być może, nie jestem pewna, ale może warto sprawdzić- również jak dym- można je wywietrzyć.
i nie pozostanie po nich już żaden ślad.
zabieg bezlaserowy.
może wymaga więcej świadomości, ale, a nóż widelec, być może?
może i noszę wczorajszy makijaż, ale nikt o tym nie wie. wyglądam świetnie, dopóki sama tak o sobie myślę. i tak, wkurwiają mnie ludzie, którzy wciąz powtarzają, że jest chujowo, którzy na pytanie co tam, odpowiadają, że stara bieda, że nic ciekawego. zrób coś kurwa ze swoim życiem, masz nie to, na co zasługujesz, ale to co sam sobie dajesz.
chcę karuzeli emocji, każdych, wszystkie smaki, przy tobie znika mi stres w żołądku i wchłaniają się wyimaginowane wrzody.
i pomyślałem, stojąc w tramwaju, słuchałem muzyki i wyobrażałem sobie ciebie, wtedy uderzyło mnie, że gdybym nie potrafił cię zobaczyć w myślach, tak jak wtedy, to rozniósłbym chyba ten tramwaj, tak bym się wkurzył, to byłby koniec, nie do wyrażenia.
planuję bardzo powoli, kilka najbliższych dni, trudno mi dalej uwierzyć, że jest coś poza tym.
jest tyle do zrobienia, wyjaśnienia, zbudowania, opowieści małych i dużych, niedokończonych myśli, które są trudne do wyjęcia spod skóry, a wiesz, a chcesz, bo byłoby łatwiej, gdyby je wypuścić, rozdmuchać każdym wypowiedzeniem, wydychasz powietrze, a one się rozpływają, jak papierosowy dym, na początku gęste, masz wrażenie, że ten smród się do ciebie przylepi, oklei ciała, włosy, myśli, że dłonie będą nieswoje i zamglą się oczy.
a tymczasem, być może, nie jestem pewna, ale może warto sprawdzić- również jak dym- można je wywietrzyć.
i nie pozostanie po nich już żaden ślad.
zabieg bezlaserowy.
może wymaga więcej świadomości, ale, a nóż widelec, być może?
let's check it out
hej gej.
wiesz co jest jedną z rzeczy, które mnie najbardziej podniecają w tobie? że masz w sobie taką kobiecą cząstkę, która każe ci malować paznokcie. nie, nie te na dłoniach. stopy. kobieta, która maluje je dla siebie, dba o nie, niewiarygodnie dba o siebie. a ty je malujesz. dla siebie. bo jest kurwa zima. ZIMA. i nikt ich nie zobaczy, oprócz ciebie.
oboje znamy sie już z takich stron, z których mało kto nas zna. czuję odbicie. jakieś niewiarygodne podobieństwo się w nas zagnieździło i cały czas mi w to tak trudno uwierzyć, że mam ochotę potrząsnąć głową, na boki, jak w kreskówkach, moze po to, żeby obraz się sklarował, żebyś powtórzył te kilka słów, że może niedosłyszałam, przesłyszałam, za dużo coś sobie wymyśliłam, a ty jak gdyby nigdy nic, powtarzasz zaklęcia, a przecież o to nie proszę, żebyś mnie upewniał, bo nic nie oczekuję.
jesteś taką niespodziewanką, zupełnie się ciebie nie spodziewałam, ot tak, nagle się pojawiłeś. to dobrze, gdybyś mnie oczekiwała, musiałbym sprostać jakimś konkretnym wymaganiom, wytworom, ideałom, a teraz mogę być taki, jaki na prawdę jestem. to dziwne, ale ja też od początku byłam właśnie taka, dlatego, że mnie zaskoczyłeś i nic nie musiałam grać, to byłoby już głupie, nagle zakładać maskę. jest naturalnie.
jeszcze nie jestem cała, jeszcze siedzę jedną nogą w schronie, jeszcze czasem po babsku zaczynam coś sobie ubzdurywać, ale daję sobie myślą plaskacza w twarz i myślę, co ty kurwa robisz.
stwierdziłam chyba kiedyś, że mądrością jest wybieranie uczuć, odrzucanie innych, bezpieczniej tak jest, ale chyba na prawdę mądre jest branie uczuć jak leci, po kolei, chaotycznie, na główkę, prosto do serca. najbardziej z przeszłości żałuję niezdecydowania.
jesteś wyjątkowa. dla mnie. moja śliczna. moja wenus. uwielbiam cię.
wiesz co jest jedną z rzeczy, które mnie najbardziej podniecają w tobie? że masz w sobie taką kobiecą cząstkę, która każe ci malować paznokcie. nie, nie te na dłoniach. stopy. kobieta, która maluje je dla siebie, dba o nie, niewiarygodnie dba o siebie. a ty je malujesz. dla siebie. bo jest kurwa zima. ZIMA. i nikt ich nie zobaczy, oprócz ciebie.
oboje znamy sie już z takich stron, z których mało kto nas zna. czuję odbicie. jakieś niewiarygodne podobieństwo się w nas zagnieździło i cały czas mi w to tak trudno uwierzyć, że mam ochotę potrząsnąć głową, na boki, jak w kreskówkach, moze po to, żeby obraz się sklarował, żebyś powtórzył te kilka słów, że może niedosłyszałam, przesłyszałam, za dużo coś sobie wymyśliłam, a ty jak gdyby nigdy nic, powtarzasz zaklęcia, a przecież o to nie proszę, żebyś mnie upewniał, bo nic nie oczekuję.
jesteś taką niespodziewanką, zupełnie się ciebie nie spodziewałam, ot tak, nagle się pojawiłeś. to dobrze, gdybyś mnie oczekiwała, musiałbym sprostać jakimś konkretnym wymaganiom, wytworom, ideałom, a teraz mogę być taki, jaki na prawdę jestem. to dziwne, ale ja też od początku byłam właśnie taka, dlatego, że mnie zaskoczyłeś i nic nie musiałam grać, to byłoby już głupie, nagle zakładać maskę. jest naturalnie.
jeszcze nie jestem cała, jeszcze siedzę jedną nogą w schronie, jeszcze czasem po babsku zaczynam coś sobie ubzdurywać, ale daję sobie myślą plaskacza w twarz i myślę, co ty kurwa robisz.
stwierdziłam chyba kiedyś, że mądrością jest wybieranie uczuć, odrzucanie innych, bezpieczniej tak jest, ale chyba na prawdę mądre jest branie uczuć jak leci, po kolei, chaotycznie, na główkę, prosto do serca. najbardziej z przeszłości żałuję niezdecydowania.
jesteś wyjątkowa. dla mnie. moja śliczna. moja wenus. uwielbiam cię.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
zmywam z rąk brudną pianę i znowu myślę o tym, że mogłabym tak egzystować. znowu. codziennie. siedzieć nawet w dwóch osobnych pomieszczeniach i kompletnie nie odzywać się do siebie nawet kilka godzin. robić ci herbatę. żebyś w trakcie pracy mógł pocałować mnie w czoło. wciągnąć cię rano do łóżka. albo i leżeć tam całą niedzielę. pachnieć tym samym żelem pod prysznic i mieć w lodówce jedzenie, które oboje lubimy. mówić "wychodzę" i usłyszeć "czekam". dobrze mi tu gdzie jestem, ale chyba zaczynam się gnieść.
nie wiem ile razy powtórzyłam wczoraj twoje imię, nie mam najmniejszego pojęcia. a ile razy je pomyślałam? ile razy usłyszałam twój głos, ile razy powąchałam książkę, którą mi podarowałeś, a dedykację pisałeś pachnącymi nadgarstkami. ile razy widziałam twoje oczy, twarz, blizny, czułam jak odgarniasz mi włosy z karku.
trzymam to wszystko na dystans, czasem wydaje mi się, że pięknie nad tym panuję, a zaraz łapię się na tym, że krzyczę to imię w myślach, zastanawiając się czy ty też. a przecież wiem, że też.
oj głęboko się staczam.
a może właśnie na odwrót, coraz szybciej wznoszę się do góry.
wyjątkowa.
to było takie proste!
nie wiem ile razy powtórzyłam wczoraj twoje imię, nie mam najmniejszego pojęcia. a ile razy je pomyślałam? ile razy usłyszałam twój głos, ile razy powąchałam książkę, którą mi podarowałeś, a dedykację pisałeś pachnącymi nadgarstkami. ile razy widziałam twoje oczy, twarz, blizny, czułam jak odgarniasz mi włosy z karku.
trzymam to wszystko na dystans, czasem wydaje mi się, że pięknie nad tym panuję, a zaraz łapię się na tym, że krzyczę to imię w myślach, zastanawiając się czy ty też. a przecież wiem, że też.
oj głęboko się staczam.
a może właśnie na odwrót, coraz szybciej wznoszę się do góry.
wyjątkowa.
to było takie proste!
sobota, 22 stycznia 2011
coś się zaczyna
chciałabym zrobić nam piknik, nie ma jeszcze ciepłej zielonej trawy, na której mogłabym położyć koc, ciebie na kocu, mnie na tobie, lałoby się na nas wino, kruszyły bagietki, turlały zielone oliwki, do ust kleiłyby się śmierdzące pyszne sery. to jedna z tych chwil, kiedy nie czuję, że muszę, kiedy trwam w wyłączonym z gniazdka czasie. i znika wieczna migrena i skurcze żołądka.
nie wiem co się dzieje. mam zjebany humor, czarne doły, wkurwiają mnie coponiektórzy ludzie, na których jestem skazana i jadę z bolącym łbem, tłumaczę ci chaotycznie, co się dzieje, sama nic nie rozumiem i nagle urywam w pół słowa i z wydechem, który od razu mnie uspokaja pytam po prostu czy masz ochotę na kawę ze mną, będę mieć godzinę. i siedzimy, piję ulubioną latte, ty herbatę, z której bez pytania i pozwolenia wyjadam ci pomarańczę nasączoną imbirem. i rozpuszczam się pod twoim dotykiem. już wsiąkam w kanapę, powieki puchną mi tym całym uwielbieniem i przyjemnością, same opadają, mam ochotę przykleić się do twoich dłoni ostrzegam, że nie tu, i słyszę, że jak się rozpuszczę, to mnie zliżesz.
mam w głowie pustkę, kilka słów z ulubionych filmów, ciepłe oczy.
weź mnie, zjedz mnie, obedrzyj mnie ze skóry.
chwilami myślę, że mogłabym z tobą mieszkać. kładlibyśmy się razem, budziłabym się wtulając twarz w twoje ramię, memląc ci w ciało, żeby się jeszcze nie ruszać i gdzieś z głębi twoich płuc, przez skórę, usłyszałabym "ok". albo jakbym nie mogła spać, robiłabym to, co zawsze robię, ale nikt tego nie widzi. a chciałabym, żebyś ty zobaczył, jak związuję wysoko włosy, żeby nie opadały mi na twarz, wyciągam wielki papier, nalewam wody do garnka, myję pędzle, wysypuję na ziemię farby i maluję. mam słuchawki na uszach i nucę, często śpiewam, popijając wino z butelki, tańczę boso w farbach i jestem kolorami, czuję ich zapach. jestem piękna, wiesz o tym? w rozciągniętym, wymiętolonym podkoszulku, spod którego prześwitują mi piersi. a później myję zęby i z pomalowanymi ramionami kładę się spać. położyłabym się do ciebie, a rano opowiedziała ci tak bardzo fantastyczne sny, że nie odróżniam ich od rzeczywistości.
chciałabym rano wstać do sklepu po bagietki, na piżamę narzucić płaszcz, szal, umalować usta, nałożyć duże czerwone okulary, buty na obcasie i stworzyć nam pretekst. zrobić nam śniadanie, bo śniadanie to już intymność.
nie potrzebuję luksusów, chcę materaca i kolorowej pościeli i podłogi, którą będę mogła brudzić farbami i nic się nie stanie, chcę, żeby pesto było zawsze w szafce i album z pięknymi zdjęciami. i ściana, na której pachną nasze wspomnienia, bo oboje uśmiechamy się "na pamiątkę".
nie wiem, co się dzieje. ale to jest fajne.
nie wiem co się dzieje. mam zjebany humor, czarne doły, wkurwiają mnie coponiektórzy ludzie, na których jestem skazana i jadę z bolącym łbem, tłumaczę ci chaotycznie, co się dzieje, sama nic nie rozumiem i nagle urywam w pół słowa i z wydechem, który od razu mnie uspokaja pytam po prostu czy masz ochotę na kawę ze mną, będę mieć godzinę. i siedzimy, piję ulubioną latte, ty herbatę, z której bez pytania i pozwolenia wyjadam ci pomarańczę nasączoną imbirem. i rozpuszczam się pod twoim dotykiem. już wsiąkam w kanapę, powieki puchną mi tym całym uwielbieniem i przyjemnością, same opadają, mam ochotę przykleić się do twoich dłoni ostrzegam, że nie tu, i słyszę, że jak się rozpuszczę, to mnie zliżesz.
mam w głowie pustkę, kilka słów z ulubionych filmów, ciepłe oczy.
weź mnie, zjedz mnie, obedrzyj mnie ze skóry.
chwilami myślę, że mogłabym z tobą mieszkać. kładlibyśmy się razem, budziłabym się wtulając twarz w twoje ramię, memląc ci w ciało, żeby się jeszcze nie ruszać i gdzieś z głębi twoich płuc, przez skórę, usłyszałabym "ok". albo jakbym nie mogła spać, robiłabym to, co zawsze robię, ale nikt tego nie widzi. a chciałabym, żebyś ty zobaczył, jak związuję wysoko włosy, żeby nie opadały mi na twarz, wyciągam wielki papier, nalewam wody do garnka, myję pędzle, wysypuję na ziemię farby i maluję. mam słuchawki na uszach i nucę, często śpiewam, popijając wino z butelki, tańczę boso w farbach i jestem kolorami, czuję ich zapach. jestem piękna, wiesz o tym? w rozciągniętym, wymiętolonym podkoszulku, spod którego prześwitują mi piersi. a później myję zęby i z pomalowanymi ramionami kładę się spać. położyłabym się do ciebie, a rano opowiedziała ci tak bardzo fantastyczne sny, że nie odróżniam ich od rzeczywistości.
chciałabym rano wstać do sklepu po bagietki, na piżamę narzucić płaszcz, szal, umalować usta, nałożyć duże czerwone okulary, buty na obcasie i stworzyć nam pretekst. zrobić nam śniadanie, bo śniadanie to już intymność.
nie potrzebuję luksusów, chcę materaca i kolorowej pościeli i podłogi, którą będę mogła brudzić farbami i nic się nie stanie, chcę, żeby pesto było zawsze w szafce i album z pięknymi zdjęciami. i ściana, na której pachną nasze wspomnienia, bo oboje uśmiechamy się "na pamiątkę".
nie wiem, co się dzieje. ale to jest fajne.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




