poniedziałek, 24 stycznia 2011

zmywam z rąk brudną pianę i znowu myślę o tym, że mogłabym tak egzystować. znowu. codziennie. siedzieć nawet w dwóch osobnych pomieszczeniach i kompletnie nie odzywać się do siebie nawet kilka godzin. robić ci herbatę. żebyś w trakcie pracy mógł pocałować mnie w czoło. wciągnąć cię rano do łóżka. albo i leżeć tam całą niedzielę. pachnieć tym samym żelem pod prysznic i mieć w lodówce jedzenie, które oboje lubimy. mówić "wychodzę" i usłyszeć "czekam". dobrze mi tu gdzie jestem, ale chyba zaczynam się gnieść.
nie wiem ile razy powtórzyłam wczoraj twoje imię, nie mam najmniejszego pojęcia. a ile razy je pomyślałam? ile razy usłyszałam twój głos, ile razy powąchałam książkę, którą mi podarowałeś, a dedykację pisałeś pachnącymi nadgarstkami. ile razy widziałam twoje oczy, twarz, blizny, czułam jak odgarniasz mi włosy z karku.
trzymam to wszystko na dystans, czasem wydaje mi się, że pięknie nad tym panuję, a zaraz łapię się na tym, że krzyczę to imię w myślach, zastanawiając się czy ty też. a przecież wiem, że też.
oj głęboko się staczam.
a może właśnie na odwrót, coraz szybciej wznoszę się do góry.
wyjątkowa.
to było takie proste!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz