chciałabym zrobić nam piknik, nie ma jeszcze ciepłej zielonej trawy, na której mogłabym położyć koc, ciebie na kocu, mnie na tobie, lałoby się na nas wino, kruszyły bagietki, turlały zielone oliwki, do ust kleiłyby się śmierdzące pyszne sery. to jedna z tych chwil, kiedy nie czuję, że muszę, kiedy trwam w wyłączonym z gniazdka czasie. i znika wieczna migrena i skurcze żołądka.
nie wiem co się dzieje. mam zjebany humor, czarne doły, wkurwiają mnie coponiektórzy ludzie, na których jestem skazana i jadę z bolącym łbem, tłumaczę ci chaotycznie, co się dzieje, sama nic nie rozumiem i nagle urywam w pół słowa i z wydechem, który od razu mnie uspokaja pytam po prostu czy masz ochotę na kawę ze mną, będę mieć godzinę. i siedzimy, piję ulubioną latte, ty herbatę, z której bez pytania i pozwolenia wyjadam ci pomarańczę nasączoną imbirem. i rozpuszczam się pod twoim dotykiem. już wsiąkam w kanapę, powieki puchną mi tym całym uwielbieniem i przyjemnością, same opadają, mam ochotę przykleić się do twoich dłoni ostrzegam, że nie tu, i słyszę, że jak się rozpuszczę, to mnie zliżesz.
mam w głowie pustkę, kilka słów z ulubionych filmów, ciepłe oczy.
weź mnie, zjedz mnie, obedrzyj mnie ze skóry.
chwilami myślę, że mogłabym z tobą mieszkać. kładlibyśmy się razem, budziłabym się wtulając twarz w twoje ramię, memląc ci w ciało, żeby się jeszcze nie ruszać i gdzieś z głębi twoich płuc, przez skórę, usłyszałabym "ok". albo jakbym nie mogła spać, robiłabym to, co zawsze robię, ale nikt tego nie widzi. a chciałabym, żebyś ty zobaczył, jak związuję wysoko włosy, żeby nie opadały mi na twarz, wyciągam wielki papier, nalewam wody do garnka, myję pędzle, wysypuję na ziemię farby i maluję. mam słuchawki na uszach i nucę, często śpiewam, popijając wino z butelki, tańczę boso w farbach i jestem kolorami, czuję ich zapach. jestem piękna, wiesz o tym? w rozciągniętym, wymiętolonym podkoszulku, spod którego prześwitują mi piersi. a później myję zęby i z pomalowanymi ramionami kładę się spać. położyłabym się do ciebie, a rano opowiedziała ci tak bardzo fantastyczne sny, że nie odróżniam ich od rzeczywistości.
chciałabym rano wstać do sklepu po bagietki, na piżamę narzucić płaszcz, szal, umalować usta, nałożyć duże czerwone okulary, buty na obcasie i stworzyć nam pretekst. zrobić nam śniadanie, bo śniadanie to już intymność.
nie potrzebuję luksusów, chcę materaca i kolorowej pościeli i podłogi, którą będę mogła brudzić farbami i nic się nie stanie, chcę, żeby pesto było zawsze w szafce i album z pięknymi zdjęciami. i ściana, na której pachną nasze wspomnienia, bo oboje uśmiechamy się "na pamiątkę".
nie wiem, co się dzieje. ale to jest fajne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz