wiem, ze jestem nieznośna.
irytująca. wkurwiająca. nie myśląca o wielu istotnych rzeczach, zapominalska, roztrzepana, rozkojarzona, nieodpowiedzialna.
zwlaszcza w takie dni jak dzisiaj, gdy placze z byle powodu i czuje sie z byle powodu odrzucana. wymyslam w głowie scenariusze, gdzie jestes taki, jakiego nigdy bym cie nie chciala, dzieja sie sytuacje, o ktorych boje sie myslec, oskarzam cie w myslach i nie masz juz zadnej linii obrony, jestes skazany, za cos, czego w rzeczywistosci nie zrobiles, ale ja juz latam ze wscieklosci i za chwile placze z bolu, a pozniej z głupoty, ze sama sobie takie rzeczy robie.
przeciez nic sie nie stalo. dalej jestes tam gdzie byles, tylko ja odplywam myslami. tak mi na tobie zalezy, chorobliwie boje sie ciebie stracic, wolalabym byc na to przygotowana, to glupie, ale nic na to nie poradze.
wtedy placze i sama nie wiem czemu, ale potrzebuje, zebys byl, po prostu mnie przytulil, zebym mogla spokojnie poplakac, nie pytaj o co chodzi, sama musze sie z tym zmierzyc, a jestes najbardziej mi pomocny, gdy bronisz mnie silnym meskim ramieniem, ktorego wlasnie teraz potrzebuje, zeby mnie objelo.
mam okres. tak, jestem wkurwiajaca.
ale dalej cie kocham.
niedziela, 22 maja 2011
czwartek, 19 maja 2011
to banalnie proste.
nie widze cie 3 dni i kiedy w koncu idziesz w moja strone, zarzucam mysli na twoj kark, potrzebuje natychmiast twojego dotyku, stalego, sprawdzilabym godzine, ale musialabym wtedy puscic twoja reke, juz wiem, dlaczego szczesliwi czasu nie licza.
znikaja w nas kolejne butelki wina, wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia i czytam z ruchu warg. tak, wszystko wiem.
i wszytsko sie tak magicznie uklada, jest jak powinno byc, tylko wystarczy dbac o terazniejszosc, przyszlosc sama sie z niej zbuduje, wierze w to. nie musisz w to wierzyc sam, podwojnie mamy dwa razy wieksza moc.
jest cudnie.
siedzmy w tej lodce, z moimi rodzicami, na srodku pola, pijmy wino, jedzmy oliwki, bagietke z wloska oliwa, ktora mozemy wciagac litrami. z solą.
smaczki smaczki. znalazłam mój smaczek. ty.
nie widze cie 3 dni i kiedy w koncu idziesz w moja strone, zarzucam mysli na twoj kark, potrzebuje natychmiast twojego dotyku, stalego, sprawdzilabym godzine, ale musialabym wtedy puscic twoja reke, juz wiem, dlaczego szczesliwi czasu nie licza.
znikaja w nas kolejne butelki wina, wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia i czytam z ruchu warg. tak, wszystko wiem.
i wszytsko sie tak magicznie uklada, jest jak powinno byc, tylko wystarczy dbac o terazniejszosc, przyszlosc sama sie z niej zbuduje, wierze w to. nie musisz w to wierzyc sam, podwojnie mamy dwa razy wieksza moc.
jest cudnie.
siedzmy w tej lodce, z moimi rodzicami, na srodku pola, pijmy wino, jedzmy oliwki, bagietke z wloska oliwa, ktora mozemy wciagac litrami. z solą.
smaczki smaczki. znalazłam mój smaczek. ty.
sobota, 14 maja 2011
"Zatrzaskuje drzwi rzucając ostatnie „dowidzenia” i „dziękuję”. Są fajną parą, polubiłem ich mieć razem. Przeskakując trawnik myślę o tym, co im powiedziałem. My. Liczba mnoga jedności. Robimy imprezę razem – co robicie w połowie czerwca? Pracujesz? No tak ona pracuje i to ciężko, podziwiam to i wiem, że dobrze trafił. zasłużył na to, z resztą oboje na siebie zasłużyli. Czy tak jak my? Tak.
Przebiegając na czerwonym do tramwaju gdzieś na dnie świadomości mam myśl o kilku ostatnich miesiącach. Wpadam do tramwaju, 5, ostatni kurs. Mało ludzi jakieś parki, kilkoro zmęczonych po pracy, ludzie ode mnie z osiedla. Siadam i wpadam w czarną dziurę odizolowania. Tak jakbym wcale nie jechał tym tramwajem. Myślę o Tobie. Czy macie czas w połowie czerwca? Zaczynam się zastanwiac nad posiadaniem stałych w życiu, wiesz takich rzeczy, na których można polegać. Dotychczas niewiele ich miałem, bardzo niewiele. Teraz jestem bogaty. I szczęśliwy. Wyłączony z gniazdka rzeczywistości płynę stalowym pojazdem przez czerń nocy. Przystanek, szybka wysiadka i ciepły wiatr na ciele. Zrobiła się wiosna. Ni wiem skąd czuje zapach kwiatów unoszaczych się nade mną. Tu ich nie ma, były gdzieś tam w przeszłości, ale tak jakby wczoraj, dziś. Idę, a zapach świeżego chleba przeplnia cała ulicę. Jak dawno nie sprawiało mi tyle radości zwykle maszerowanie ulicą. To był dobry wieczór. Kilka mochito, niezliczone lampki wina, jakieś inne kolorowe trunki. Ogólnie dobry wieczór. Starała się – jedzenie na plus, dotrze się. Najważniejsze, że ma chęć i próbuję, nie czkając na magicznego kucharza z bajki na białym koniu i z tytułami Mister Universum i Mistrza Patelni w jednym.
Kolejne kostki brukowe znikają mi pod nogami. Lewa, prawa, but brązowy. Cześć. Rzucam do znajomego na przystanku. Stoi z grupa znajomych. Jacyś kolesie kilka panien. Fajne. Ból. Nie ma cię z boku. Brak mi ciepła w ten ciepły wiosenny wieczór. Ciepła, które ogrzeje mnie od środka.
Zaczyna się. Takie momenty przychodzą znienacka. Odpływam w ocean myśli o wszystkim i o niczym. Kolejne kostki bruku znikają mi pod nogami.
To, co zdarzyło się ostatnio. Mam w to wierzyć? Chcę ,wierzę, choć momentami czuje się jak w dobrej części opowiastki braci Grimm. Czekam na potwora albo morał. Nie chce czekać, Wszystko się buntuje. Nie będzie tak, bo to ja pisze te historię. Po raz pierwszy zaczyna mi brakować dyktafonu lub kartki. Usiadłbym i wszystko napisał. Dla siebie. Nas. Wiem, że jesteś jedyną, która zrozumie. Krawężnik. Mija mnie policja.
Zaczynam się zastnawiac co ja tu robię. Moja ulica – ale nie moje miejsce. Czuje to, ale w głębi duszy się z tym nie godzę, serce mowi co innego. Kocham to miejsce ale wiem, że musze zbudować przyszłość bo nie jestem w niej sam. To nie tylko moja przyszłosć, wiem, że kilka miesięcy temu to przestało być tylko to, co ja chce i co ja uważam. Uśmiecham się. Przez moment zastanawiam się jak bardzo ty poświęcasz się dla nas – zostawiam te myśl, nie ma logicznego sensu – w tym co czuję nie ma miejsca na to.
Kolejny uśmiech. Uda się. I nie ma znaczenia, że nie jestem znajomym prawnikiem z opowieści kolegi z kolacji. Nie będę notariuszem, zarabiającym podpisem – i wiem ze ty tez nie. Nie martwię się tym. I tak jesteśmy bogaci. Mamy coś czego nie można kupić.
Wchodzie po schodach. Szczekanie psa. Odstani powiew wiosny. Światło się jeszcze pali. Nie czekali na mnie. Na mnie już od dawna nikt nie czeka. P raz kolejny odczuwam brak maszyny do pisania, ale postanawiam że cokolwiek by się nie działo, siadam do komputer i to spisuje, potrzebuje tego.
Odsuwam rząd kurtek powieszonych w szafie. Szukam wolnego wieszaka. To nadal mój Dom, ale potrzebuje swojego miejsca. Miejsca po mojemu, naszemu. Wiem że wniesiesz do niego to czego ja nie potrafię. Takie dopełnienie, jing jang. Jest wolny wieszak.
Zapalam światło, patrzę się na zmęczoną twarz w lustrze. Znam te oczy. Wiedza czego chcą i czego pragną. Gdy kręcę w prawo szczotką myślę o Tobie, gdy w lewo o sobie. Teraz przód, góra dół. My. Woda, i przyjemnosc chłodnego płynu w gardle. Znowu spojrzenie w lustro. Czas popracować nad sobą. Dla mnie to ważne, a i ty na tym skorzystasz. Schodzę na dół. Światło, Rzut oka na łóżko. Dziś znowu śpię sam. Wracaj. Albo nie. Idźmy. Tam gdzie nasze miejsce."
wtorek, 10 maja 2011
lubię jak kleją nam się oczy. prześwituje ci wtedy skóra, potrafię ją przejrzeć na wskroś, przegryzam się do miąższu i rozcieram cię o wnętrza policzków, każde słowo, smakuje i ulatuje nam nad głowami, pachnące zwiewne chmury.
oh tacy właśnie jestesmy. delikatni i rażący, płyniemy we własnym kierunku, czasem unoszeni prze fale, czasem skurczami ciał zmieniamy kierunek.
jestem znudzona tym życiem. tym miastem, panstwem, ludźmi, szarą breją, która podcina ci ledwo co przyrośnięte skrzydła. nawet tak banalne rzeczy jak mieszkanie i jedzenie są szalenie trudne. już berlin jest tańszy.
to smutne. ale tylko z jednej strony.
nie wiem w którą stronę mam iść, mam tylko świadomość, że to nie jest kierunek studiów dla mnie, nie chcę być wnętrzarzem, nie chcę siedzieć przy komputerze, jestem manualna, mam palce, to nimi lepię makiety, maluję obrazy, wycinam formy, odciskam kleksy na ogromnych formatach, gotuję, tworzę.
jestem manualna. totalnie. nie mogę być zamknięta w klatce projketowania kresek, ocipieję.
nie zamykaj mnie.
muszę skończyć ten licencjat, spiąc dupsko i wszystko skończyć, tylko ile bedzie się to za mną ciągnęło? jak smród po gaciach, całe życie? muszę coś dalej, ale to nie to. wiec jak nie mam alternatywy to na prawde musze to ciagnac?
wiem, ze jakiejkolwiek decyzji nie podejme, bedziesz stac obok, wspierajacy, gotowy zmieniac swiat, zeby nam sie udalo.
zaczyan sie robic ciezko, wyplywamy na glebokie, dorosle, dojrzałe wody, na horyzoncei duzo odpowiedzialnosci, zmartwien, pracy i strachu.
ale wiesz, razem bedzie razniej. a oprocz tego- pieczemy wlasny chleb. czego chciec wiecej?
oh tacy właśnie jestesmy. delikatni i rażący, płyniemy we własnym kierunku, czasem unoszeni prze fale, czasem skurczami ciał zmieniamy kierunek.
jestem znudzona tym życiem. tym miastem, panstwem, ludźmi, szarą breją, która podcina ci ledwo co przyrośnięte skrzydła. nawet tak banalne rzeczy jak mieszkanie i jedzenie są szalenie trudne. już berlin jest tańszy.
to smutne. ale tylko z jednej strony.
nie wiem w którą stronę mam iść, mam tylko świadomość, że to nie jest kierunek studiów dla mnie, nie chcę być wnętrzarzem, nie chcę siedzieć przy komputerze, jestem manualna, mam palce, to nimi lepię makiety, maluję obrazy, wycinam formy, odciskam kleksy na ogromnych formatach, gotuję, tworzę.
jestem manualna. totalnie. nie mogę być zamknięta w klatce projketowania kresek, ocipieję.
nie zamykaj mnie.
muszę skończyć ten licencjat, spiąc dupsko i wszystko skończyć, tylko ile bedzie się to za mną ciągnęło? jak smród po gaciach, całe życie? muszę coś dalej, ale to nie to. wiec jak nie mam alternatywy to na prawde musze to ciagnac?
wiem, ze jakiejkolwiek decyzji nie podejme, bedziesz stac obok, wspierajacy, gotowy zmieniac swiat, zeby nam sie udalo.
zaczyan sie robic ciezko, wyplywamy na glebokie, dorosle, dojrzałe wody, na horyzoncei duzo odpowiedzialnosci, zmartwien, pracy i strachu.
ale wiesz, razem bedzie razniej. a oprocz tego- pieczemy wlasny chleb. czego chciec wiecej?
poniedziałek, 2 maja 2011
palce pachną mi masalą, zapach przetyka mi zatoki, w samym rdzeniu czuję jak przemiguje w nim energia, bo miganie jest prawie niezauważalne, wśród krzyczącego tłumu, prawda?
na prawde byłbyś gotowy przezyć ze mną cale życie? oświadczyć już teraz, po kilku miesiącach i hajtnąć się, podpisać dokumenty, tak, na całe życie. ja nie wiem jakie będzie życie. na razie razem wyjedźmy.
zyskałam miano nowej kuzynki, kogoś już total swojego i nadającego się, oprócz tego, że we dwójkę nie chodzimy do komunii, bezbożnicy. ale taką grzesznicą mogę być, jeśli mogę nocą Cię bić łokciem, bo mam skurcz w nodze, wkurzać się, że się nie obudziłes, a po chwili czuć jak przez sen się do mnie przytulasz. i rano budzę się tuż obok, ani milimetra.
zobacz tańczą, a my nie mamy techniki, ale mamy zaufanie. i nikt nie zauważa braku techniki, bo wszyscy są zahipnotyzowani tym, jak się kręcisz, a ja wystawiam rękę i muskam cię samymi końcówkami palców, a ty się naturalnie wkręcasz do środka, jak wiesz, że cię złapię, jak gramy role, spojrzenia i dotyk, jest w tej sambie pati santany taka niezależność i przywiązanie, rozkosz i ucieczka, pragnienie i świadomość, że tutaj nie mogę się na ciebie rzucić.
czuję się jak w teledysku, nikt i nic poza tym kadrem nie istnieje. twoje oczy i rozmazany świat za nimi.
na prawde byłbyś gotowy przezyć ze mną cale życie? oświadczyć już teraz, po kilku miesiącach i hajtnąć się, podpisać dokumenty, tak, na całe życie. ja nie wiem jakie będzie życie. na razie razem wyjedźmy.
zyskałam miano nowej kuzynki, kogoś już total swojego i nadającego się, oprócz tego, że we dwójkę nie chodzimy do komunii, bezbożnicy. ale taką grzesznicą mogę być, jeśli mogę nocą Cię bić łokciem, bo mam skurcz w nodze, wkurzać się, że się nie obudziłes, a po chwili czuć jak przez sen się do mnie przytulasz. i rano budzę się tuż obok, ani milimetra.
zobacz tańczą, a my nie mamy techniki, ale mamy zaufanie. i nikt nie zauważa braku techniki, bo wszyscy są zahipnotyzowani tym, jak się kręcisz, a ja wystawiam rękę i muskam cię samymi końcówkami palców, a ty się naturalnie wkręcasz do środka, jak wiesz, że cię złapię, jak gramy role, spojrzenia i dotyk, jest w tej sambie pati santany taka niezależność i przywiązanie, rozkosz i ucieczka, pragnienie i świadomość, że tutaj nie mogę się na ciebie rzucić.
czuję się jak w teledysku, nikt i nic poza tym kadrem nie istnieje. twoje oczy i rozmazany świat za nimi.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

