wtorek, 10 maja 2011

lubię jak kleją nam się oczy. prześwituje ci wtedy skóra, potrafię ją przejrzeć na wskroś, przegryzam się do miąższu i rozcieram cię o wnętrza policzków, każde słowo, smakuje i ulatuje nam nad głowami, pachnące zwiewne chmury.




oh tacy właśnie jestesmy. delikatni i rażący, płyniemy we własnym kierunku, czasem unoszeni prze fale, czasem skurczami ciał zmieniamy kierunek.

jestem znudzona tym życiem. tym miastem, panstwem, ludźmi, szarą breją, która podcina ci ledwo co przyrośnięte skrzydła. nawet tak banalne rzeczy jak mieszkanie i jedzenie są szalenie trudne. już berlin jest tańszy.
to smutne. ale tylko z jednej strony.

nie wiem w którą stronę mam iść, mam tylko świadomość, że to nie jest kierunek studiów dla mnie, nie chcę być wnętrzarzem, nie chcę siedzieć przy komputerze, jestem manualna, mam palce, to nimi lepię makiety, maluję obrazy, wycinam formy, odciskam kleksy na ogromnych formatach, gotuję, tworzę.
jestem manualna. totalnie. nie mogę być zamknięta w klatce projketowania kresek, ocipieję.
nie zamykaj mnie.

muszę skończyć ten licencjat, spiąc dupsko i wszystko skończyć, tylko ile bedzie się to za mną ciągnęło? jak smród po gaciach, całe życie? muszę coś dalej, ale to nie to. wiec jak nie mam alternatywy to na prawde musze to ciagnac?
wiem, ze jakiejkolwiek decyzji nie podejme, bedziesz stac obok, wspierajacy, gotowy zmieniac swiat, zeby nam sie udalo.
zaczyan sie robic ciezko, wyplywamy na glebokie, dorosle, dojrzałe wody, na horyzoncei duzo odpowiedzialnosci, zmartwien, pracy i strachu.
ale wiesz, razem bedzie razniej. a oprocz tego- pieczemy wlasny chleb. czego chciec wiecej?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz