niedziela, 15 kwietnia 2012

Nigdy nie byłam tak spokojna.
Dozuje sobie muzyke, która keidyśbyła zimowa, a może własnie dlatego, że zima jest w jakiś sposób dostojna. i zimna.
Zmroziły mnie emocje i odpadła ze mnie skóra. Wszystkie kolejne wybory okazuja się bardzo proste, na prawdę. Nie mam pojęcia, dlaczego wczesniej aż tak komplikowałam sobie życie.
Wiesz co ma znaczenie? Że nie jesteś sam. I że liczysz się Ty. Pierwsze koty za płoty, to wcale nie jest trudne.
słyszę dźwięki w nosie i orbitalnie rozpryskujace się na około mojej głowy. Mam ochotę krzyczeć, że to takie proste! Nie marnujmy energii na zmartwienia. Będę Ci to powtarzać.
Przed nami cała przyszłość, nowe mieszkania do ujarzmienia, meble do oswojenia i miasta do kochania. To niesamowicie podniecające i kolorowe.
Histeria.

niedziela, 1 kwietnia 2012

to jeden ruch.
skręt szyji. podniesienie i przesunięcie dłonią.
jestem obok.


dużo się teraz zmieni,
siedzę w kucki na płyciźnie, woda pulsuje wokół moich ramion. ciekną mi z włosów poprzednie zanurzenia, zanim znikną w przyszłych pomysłach- wyparowują.
Staram się nie nieść ze sobą ciężaru. To jak świeży zapach wiosny- nie pamiętasz już o zgniłych, starych liściach.
Zaraz przyjdzie fala, czuję to w drżeniu powierzchni, zapachy mają inne kolory.


W końcu potrafię pływać.



Trzeba tylko pamiętać, że mogę zaufać sobie. I że potrafię utrzymać się na fali. To proste.
Usztywnij kark, pracuj rękami. miej oczy szeroko otwarte, żeby nie wylądować na wraku. czuwaj.
Po drodze czeka nas wiele pięknych portów i przystani. Cisza przed burzą.

Nadchodzi tsunami.

poniedziałek, 19 marca 2012

myślę, że to kolejny test, ale taki, którego odpowiedzi jestem pewna. cóż, gdyby było inaczej- pewnie dużo by się zmieniło.

po tylu godzinach dzielenia kołdry początkowo trudno mi zasypiać samej. Naturalnie już szukam Twojego oddechu między moimi łopatkami, albo zapachu twojego karku.

Dziwnie już jest samemu wsiadać do pociagu na drugi koniec Europy.





Coraz bardziej wyraźnie widzę jak się zmieniam i dojrzewam, jak wiele rzeczy odrzuciłam i nauczyłam się bez nich i ich ciężaru żyć. Wiem, że teraz panuję nad sytuacją. Zobacz, jestem swoja. SWOJA. mieszanka pierwiastków męskich i żeńskich. tak się cieszę, że zdołałam się ich nauczyć. proste zasady szacunku i komunikacji, o których myślę, że nasi rodzice ich nie znali, nikt o tym nie mówił.  Zobaczymy czy wyjdzie nam to na zdrowie.

myślę o nas, czasem, gdy zmieniam się  w ciastko, masło, rozpuszczam się nagle i monotonnie, coraz bardziej pachnąc ciepłem i domem. jestem uzależniona.
kiedy cię zobaczę?

czwartek, 15 marca 2012

jestem Twoją Wonder Woman w koronkowych majtkach.

świeci słońce w mojej głowie i pomimo tego, że nie zawsze gram z rzeczywistością- zbieram laury.
zobacz, wiedziałam o tym i ty też, że te proste decyzje muszą być uwarunkowane dobrymi i trudnymi fundamentami. Ale jest wiosna. Śnieg i zmęczenie odpuszczają, lekkie zacieki po kałużach zmyje czas.

jestem własną szachownicą,
królu na mojej połowie
dziką radość sprawia mi matowanie przeciwników, zwłaszcza, gdy puchną swoją dumą i pewnością
dla nich pyłem byłam
z nurtu się wybiłam
zobacz, to bardzo proste- nie zawsze ogladać się na innych.

siemka, tu Czas, masz herbatę?
na chwilę zwolnię.

czwartek, 1 marca 2012

siedzę w twojej bluzie i przemakam schludną ciszą. przypalają mi sie ramiona, gdy próbuję zlizać z gorącej łyżki miód. Kompletnie nie wiem jak się zachować.

Mam wrażenie, że codzienność nas przytłacza, nasze skrzydła zasychają ropą i nie błyszczymy jak dawniej. To trudne- zapominać o sobie, żeby stanąć na rzęsach dla jakiegokolwiek uśmiechu. co zrobić. tęsknię za domem.

To nie jest miasto dla mnie. Książę, z nosem uniesionym ponad wszelkie możliwości, tak na prawdę wciąz w biegu. Potrzebuję przestrzeni i świętowania drobnych spraw. A skoro jest nie tak- zmieńmy to. Już.



Zrobiło się smutno, słowa nie układają mi się gdy słyszę dobre melodie. Cześć, to kolejne etapy zakochania. Ale do kurwy nędzy, wiem, że musimy zawalczyć. Może już nigdy nie bedziemy mieć takiej szansy. Do takiej miłości.

środa, 1 lutego 2012

jestem jak mleko, kipieję po cichu. a na końcu dojdzie Cię niespodziewanie głośny syk.
czuję spaleniznę.

stoję pod prysznicem długie minuty, staram się zmyć z siebie smród i zatwardziałą skorupę, łzy ropy z ran, których nie widzę.
jestem mistrzem w zaklejaniu dziur. tylko ciało mnie widzi, lepiej czasem niż ja sama.

nie pozwalaj mi czuć się tak samotną, że nieświadomie przez sen zaczynam spać sama. zagłuszają mnie skrzeczące myśli, nie mam siły otworzyć ust i nie mam głosu. przepraszam, ale kiedy pytasz o co chodzi- wszystko znika. jest pustka w tym wielkim łóżku z porozrzucanymi nogami w bordowej pościeli.



tu jest zbyt dużo niewiadomych. mam ochotę pootwierać okienka na kilka dni do przodu. jak w kalendarzu adwentowym.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

ogłaszam zawieszenie. kilkugodzinne.
mam na to czas teraz i odpowiednią samotność. skręcona noga tylko jest dobrym argumentem ZA, prawda?
mam się uczyć podejmować decyzje,. na całe życie. a jeśli nie na całe życie, to przynajmniej na kilka lat. nie na miesiąc, czy pół roku.
to już nie wystarczy, szybkie kilkuminutowe TAK lub NIE. są plusy i minusy, są decyzje i konkretne konsekwencje. i to także wieloletnie. jak tatuaż. i to już nie taki pijany słońcem.

patrzę na to miasto i coraz częściej mam myśl,że to właśnie tu mogłabym spędzić kilka następnych lat.
tu już droga naświetla się jaśniej. mimo tego, że wszytsko jest "gdyby"
gdybym dostała się na studia. jakie, jakie, jakie dadzą mi możliwość dobrej pracy, zarabiania na poziomie, żeby móc żyć na poziomie i tej radości, codziennego kopa do wstania z wyra, w które tak łatwo się zapadam.
jestem zmęczona myśleniem. ciężarem odpowiedzialności.
ale najdziwniejsze jest to,że czasem mam prześwit. zaczynam konkretyzować nawał szarości w mojej głowie i odkrywam kontury, idealne barwy, łatwość, o którą się nawet nie podejrzewałam.
co mogę odrzucić, przed czyim osądem nawet się nie stawiać, kto jest tu najważniejszy i jak sobie poradzić.




chciałabym czasem budować już coś na stałe. to nie domki z piasku. słoma mi nie wystarcza.
chcę budować z Tobą prawdziwy schron, nie tymczasowe szałasy.
cześć, mamy rok, co to właściwie znaczy? mrugnęłam okiem. to troche jak życzenie na urodzinowym torcie.
nikomu nic nie mówisz, ale w powietrzy aż skrzy się od twoich myśli.

to na prawdę działa, w tym naszym małym lofcie.

piątek, 30 grudnia 2011

to w gruncie rzeczy bardzo proste.
wystarczy czasem po prostu być. może nie rozumiem wszystkiego i może nigdy nie dam rady tego pojąć, ale jestem. będę się śmiać i będę płakać i będę skorupką, która na chwilę słabości zassa cię do swojego wnętrza, dam ci schron.

odurzyłam się piękną spokojną codziennością, z kolorowymi papugami za oknem i szarymi deszczowymi porankami. bólem w rowerowych łydkach i zapachem pościeli wieczorem.

jak to równocześnie trudno i łatwo budować przestrzeń dla dwóch osób. starasz się z jedną innością, kompromis uzyskuję między dwoma płaszczyznami, nic innego nie zakłóca komunikacji.
to takie trudne- wrócić.
zwłaszcza, że wiem, że wolę budować siebie inaczej. nie jestem niczyja własnością, tylko swoja, bez smyczy. jestem wolna i wiem, że nie potrzebuję i nie chcę tracić energii na przewlekłe awarie, szkoda mi czasu. po prostu szkoda mi czasu.

i to proste- już się odzwyczaiłam. od podniesionych głosów, oskarżeń, niezrozumienia, poczucia winy, spiętych pleców, łez w oczach i duszności ze wściekłości.
nie gram juz w takie gry. trudno jednak omijać takich przeciwników.

kocham. kocham to, że jutro wracam.
do mojego małego nowego domu.

wtorek, 15 listopada 2011

cześć,
to ja powoduję wypadki na ulicach tylko przechodząc przez jezdnię.
lubię rozpoznawac po jakimś czasie ludzi, których mijam zawsze o tej samej porze, w podobnym miejscu. wiem, że żyją obok, mogę ich obserwować i znamy się na tyle, żeby się do siebie uśmiechać. a nie ma nic bardziej podniecajacego o poranku niż taki zastrzyk energii.

stoję rano na głowie i patrzę na wieżowiec, który odbija mi prosto w oczy słońce. jaśnieję.
"staję na rzęsach i tańczę"
chyba rozumiem. wiem, kiedy szybko pociągnąć za który sznurek i zmienić kurs, żeby żagle nie zdążyły zastęchnąć.

cieszę się, że jesteś obok i pachniesz ciepłem. jest bezpiecznie.

piątek, 11 listopada 2011

to chyba nie ważne jest, jak myślisz, wszytsko można zmienić. z wielką przyjemnością.
robię Ci śniadanie i wracam do łóżka, przesypiam kolejne kilka godzin, powoli jem, ogladam film, kąpię się i przygotowuję na dzisiejsze, małe misje, wiesz? to zaczyna w momencie kiedyw domu zrobisz wszystko, z tego małego planu przygotowań, schodzisz w końcu te 5 pięter w nowym domu i spotykasz pod klatką człowieka, który dla Ciebie zupełnie obcy, a wita się z Tobą wielkim uśmiechem, bo wie, że mieszkasz 3 piętra nad nim. i prowadzi Cię do banku, bo jeszcze nie wiesz gdzie i chce rozmawiać po hiszpańsku, bo ma żonę hiszpankę i cieszy się Tobą, a dla mnie kolejny napotkany człowiek, z którym zamieniam więcej niż 2 zdania w sklepie przy kasie- staje sie moim, mam nieodparte wrażenie, że każdego już znam, że może tu byłam, a może mi się przyśnił, gdzies był, w tłumie, kinie, tramwaju, znam ten uśmiech, te zmarszczki przy oczach, gdy się uśmiecha, znam jego ruchy rąk, gdy zjada frytki. to takie niesamowite.

przy wejściu do knajpy barmanka pyta, czy dla mnie to co wczoraj, po niemiecku, a ja odpowiadam jej tez po niemeicku. powoli powoli
langsam, langsam, przyjaciele
już dawno zaczęło się coś dziać. rozkręcam się.
i jak do tej pory- wcale nie czuję sie samotna

czwartek, 10 listopada 2011

wciąż jestem dwustronna.
mam dreszcze od życia. stają mi włosy na całym dziele, czuję spazmy, teraz, już, trzęsie mną. chcę więcej.
jestem na głodzie, wiesz? dzień jest zbyt długi. cieszę się wstwaniem o 11, bo to już kilka godzin, które przeżyłam, we snie, ale tyle się działo, widziałąm tych ludzi, których tu i tearz zobaczyć nie mogę i to jeszcze troche potrwa.

siedzę w barze i mijaja mnie tak dziwni ludzie. niektórzy to tylko lunch o 13, wino i makaron. mam taką ochotę na makaron. zrobię własny, domowy, słony i do tego stopnia niekształtny, że właśnie rodzący swoją własną niezależność. to ja.

rodzę się na nowo. powoli, ale nieustannie.
zobacz, to moje palce, niezmiennie, od zawsze, uniesione w górę. odwieczny problem zbyt wielu pytań do świata i dociekliwości, która we własnym rytmie zawsze pomaga mi osiągnąć, to czego chcę.
jeśli już w końcu rozumiem czego chcę.

falowo, odbijam się od kolejnych szczebli. to dziwna drabina, ma dużo rozwidleń. ale stojąc w  miejscu nikt się nie rozwija, prawda?

środa, 9 listopada 2011

cześć kochanie.
to drugi tydzień, a ja staram się, żeby mój zapał nie osłabł. codziennie maluję oczy, eksponuję co trzeba i usmiecham się do ludzi. zaczynam polowanie. co to znaczy, co się dzieje. czas przypomnieć sobie jak to cudownie jest móc się uczyć, codziennie czegoś nowego.
a gdyby mieć zapisane na płycie całe życie. puszczasz w laptopie i słyszysz zdania, które na głos powtarzasz, a twój mózg skrzętnie je zapamiętuje i nawet jak jednego dnia masz problem, żeby coś powtórzyć, raz za razem, z zaskoczeniem budzisz się dnia następnego i pierwsza myśl, którą wypowiadasz to "ich wunche eine eingenemen tag"
dziwaczne, prawda?

kiedy dni są zbyt długie, to boli mnie wszytsko. swędzi na około i gryzie za uchem, nie mogę spać. muszę zmienić ścieżki na rynek, bo już znam zakręty i nic mnie nie zaskakuje. a to dopiero drugi tydzień. ile muszę schodzić, żeby się znudzić?
proszę, D., nie zawiedź mnie, pokaż gdzie mogę cie łaskotać, którymi chodnikami twoich włosów mogę się bawić, wiem, że to sprawia przyjemność.
życzę miłego dnia

mam ochotę leżeć w łóżku

niedziela, 23 października 2011

moje włosy mają posmak miodu

czuję przez sen, jak przytulasz do mnie swoja twarz, ogarnia mnie spokój
dobrze, niech to będa tylko 2 walizki, można spakowac swoje życie na 3 miesiace tylko w 2 walizki? wykonujesz peeling codzienności, sprawdzasz z czym już nie korespondujesz i w czym Ci do twarzy. wiem, że zawsze przyda się jedna bluza i dres, żeby zaszyć się w dziurę, ale to już nie dom, gdzie trzymasz w szafie 5462372946 porozciąganych koszulek, bo kiedys jakaś może się do czegoś przydać (???)
trzymam pod poduszką słowa o gwiazdkowych prezentach, zmysłowej bieliźnie, białej pościeli, małej patelni, tarce do sera, miejscu, gdzie będe kłaść klucze.

muszę zrobić sobie nowy dom. to dobry plan
jak przystało na emigrantkę

czwartek, 20 października 2011

w gruncie rzeczy

to bardzo przyjemne uczucie, kiedy nie musisz nikomu nic udowadniać
tylko i wyłącznie sobie, pononywać kolejne etapy, schody i stawiać sobie wymagania
muszę to w sobie wyrobić. na stałe. zainstalować w podświadomości.
hej, wiem, że jestem inna i mało kto by wykonał taki ruch na moim miejscu. ale właśnie DLATEGO sobie poradzę. przecież nie ma innej opcji.

czuję niesamowitą moc, wiem, nikt nie mówił, że to bedzie łatwe, a wręcz każdy podkłada mi kłody.
i wiecie co?


nie zamierzam się poddać.

piątek, 7 października 2011

powoli, zwolnij.



nie wiedziałam, że w takim momencie uciekną mi ludzie. po kolei znikają co ważniejsi, tacy, których w jakiś sposób byłam pewna.

wyłamałam się z ramki, prawda? nie chcę kontynuować teraz studiów, biorę urlopy, wyjeżdżam za granicę, zostawiam wszytsko za sobą i cisne w ciemno(ść) i na głucho. i mam tylko wiarę, że mi się uda.


ciekawa jestem, dlaczego popiera to tylko garstka osób i to tylko tacy ludzie, którzy to zrobili, albo myślę, że cicho o tym marzą. albo mnie kochają. tak na prawdę.  bądź sobie jaka jesteś, i jaka chcesz, ja jestem z Tobą. to nie jest zbyt piękne. to jest tak potrzebne, że albo jesteś albo Cię nie ma.
wyhodowałam sobie drugą skórę, kuloodporną, żeby za bardzo nie bolało, kiedy ktoś znowu znika mi z horyzontu.

dobrze, że jest ta garstka. nikt nie mówił, że to będzie łatwe.

mam mieszkanie!

niedziela, 2 października 2011

co teraz.

sama w sobie zapuszczam lepiace pajeczyny, nie pamietam, co było wczoraj, śniły mi się
latajace na jeziorem łóżka i kanapy, potrzebuję ruchu
dotykaj mnie, palcami po plecach, rozdrapuj sutki nieszczęscia

powiedziałes, że jeśli tam bedzie mi źle, to wystarczy jedno spojrzenie i nigdzie nie bedziesz mnie trzymać, powiem, że jestem nieszczęśliwa, że to nie to, ale przynajmniej spróbowałam.


dawno nie miałam tak długich włosów, kiedy biegnę, podskakująmi radośnie, że czują wiatr
boli mnie głowa i rozdawaja mi się obraz, ściskam nocą zęby, jak to się dzieje, że
jeszcze jest przed wyjazdem, a ja
a tu i teraz, w domu, mam ochotę wykrzyczeć

jestem nieszczęsliwa, wyjeżdżam, to nie to
to nie to



ale to cholernie smutne, prawda?
dam kurwa radę.
nikt za mnie samej tego nie zrobi, nikt we mnie mocniej nie uwierzy i nikt mnie bardziej nie ukocha
dom stworzę tam, z całych sił, gdzie będzie mi dobrze. zakotwię się doświadczeniem i nowymi rzeczami, które pochłonę, głęboko w siebie, nauczę się, studnię bez dna.

wtorek, 13 września 2011

jestem winna i gazowana, czasem rozwodniona ze słonym morzem.
potrzebuję cię.


jestem tu, jestem, nie ma mnie, potrzebuję co rano dłuższej przerwy od snu, dla siebie, od ludzi, od rodziny, od ciszy. nawet obrzydła mi joga, bo nie robiłam jej już sama i ktoś mi o niej przypominał, a ja muszę sama walczyć sama ze sobą, nie ktoś obcy. powoli się rozpuszczam.
wole wstać rano i pierwsze słowa wypowiadać w obcym języku, do obcych ludzi, którzy właśnie w TYM momencie są życzliwi. tylko. nie potrzebuję niczego innego. tylko uzyskac drobne informacje, o wietrze, o windsurgingu, kogoś poznałas, bezimiennego, nie ważnego, ale mijając go na ulicy jakiś czas później to "ciao" jest już zakotwiczone. i tylko i wyłącznie poprawia humor.


coraz bardziej ciązy mi życie z rodziną, irytują słuchane po 1000 razy te same historie, które namwet mnie już nie bawią i nie mam siły tego ukrywać. płacz i zgrzytanie zębów.
to tak chwila, żeby się uwolnić, pomalutku się odcinać, rosnąć i rozwijać.
to będzie jak rozwód. długi i bolesny dla każdej ze stron.


boję się, ale chyba bardziej się nie boję.

poniedziałek, 12 września 2011

pachnie tu mocno nagrzanymi słońcem drzewami figowymi. byłabym szczęśliwa, gdybyś mógł być tu ze mną.

chciałam się z Tobą kochać w gajach oliwnych, nasiąkać powoli winem, solą, zapachem cyprysów. w słońcu Twoje oczy są koloru miodu. Jestem zmęczona lepiącym upałem Włoch, oni mają rację- wypoczywa się tylko w Chorwacji. Leżąc na nagrzanych skałach i wnikając w podwodny bezludzki świat, jestem tylko gościem, wśród kolorowych ryb.
narkotyczne rozmowy, nie krzepiaca muzyka, wiginają mi pole widzenia, żaluzje falują, nie pomaga zbliżanie wzroku do obiektu.

jestem dwustronna. byłam taka pewna, chciałam się obserwowac przez te dwa tygodnie. a teraz znowu nic nie wiem. dalej chyba muszę szukać. z jednej strony straciłam dużo ścieżek, a z drugiej mam otwartych o wiele więcej.



przypomniał mi się cytat z Alicji w Krainie Czarów

-powiedz mi, w którą stronę mam pójść?
-zalezy to od tego, w która stronę zechcesz pójść
-ale ja nie wiem
-w takim razie to obojętne, w którą stronę pójdziesz.


coś zawsze nam się przydarzy, prawda? tak bardzo cieszę się, że nie jestem sama.

niedziela, 4 września 2011

chyba najpóźniej czasem zauważa się to co mamy zaraz tuż obok. na prawdę byłam panem Hilarym?
opadło to na mnie niewyobrażalną lekkością, jakby ciągneło mnie w górę.
tak tak TAK, chcę właśnie gotować. uczyć się. jak sprawić by grzanki na bruchettę nie nasiąkały za bardzo oliwą przy smażeniu, jak nawilżać chleb w piekarniku, żeby miał piekną chrupiącą skórkę.

o panie, na prawdę. chyba znalazłam moje okulary!



tak bardzo się cieszę, że mam w Tobie takie wsparcie.

wtorek, 30 sierpnia 2011

to trochę przykre. za każdym razem gdy o to pytasz zbiera mi się na płacz.
muszę się z tego wyciagnąc. za uszy.

mam 22 lata i nie wiem co chce robic. jakei kolejne studia beda tym, co chcialabym robic cale zycie, do czego bede co rano wstwac z usmiechem. to dla mnie nie jest latwe,
trudno mi nawet ustanowic pewne priorytety i cele, do ktorych chce dażyć, bo do jasnej cholery, wiem JAK cos moge robic, ale nie wiem CO.
nie umiem siedziec 8 godzin za biurkiem dzien w dzien.
MUSZE współpracowac z ludźmi. codziennie. nowymi. dzwonic, umawiac sie, dyskutowac, namawiac, pertraktowac.
chce DZIAŁAĆ. ogarniać, załatwiać, szukać, dawać radę, piąć się wyżej i wyżej, pokazywac, że TAK, DAM RADĘ.
liczą się dla mnie szczegóły tego co robię, ale wciąz musze pamietać o ogóle, o kupie, która trzyma mniejsze w garści.
kocham gotować, mieszać, smakować, wąchać, wkładać twarz w opary nad garnkiem i jak bucha mi gorące powietrze z piekarnika, w ostatniej chwili zdejmowac garnek z gazu, sekundę przed wykipieniem zawartości, zbierać owoce i mrozić je, wyjmować, gdy najdzie mnie ochota na muffiny z malinami z własnego ogrodu. kocham jak mogę rozetrzeć w palcach zioła, gdy siekam czosnek i wszytsko mi pachnie indyjskimi przyprawami, jak czuję jak nożem rozpływa się śpiewnie kurczak i pod palcami chrzęści sól.
maluję, projektuję, ale wszystko jest ZA KRÓTKIE.
co mam zrobić?
to straszne, ale okrutnie szybko się nudzę. coś wychodzi mi z entuzjazmem prze tydzień, a każda kolejna próba kończy się fiaskiem. już nie potrafię. zmalowałam piękne obrazy, kleksy i portrety tuszowych generałów.

musiałam zrobić przerwę. znaleźc coś nowego. miejsce, inspiracje.

nie popedzajcie mnie. musze we własnym tempie, bo inaczej nigdy nie wejdę do tego zimnego jeziora. na poczatek mocze kostki, smaruje się zimnem po łydkach.

czas się przyzwyczaić, prawda?

piątek, 26 sierpnia 2011

Kochanie, jesteśmy zmęczeni
deszcze i upały nie pozwalają nam się skupić, marnotrawimy czas na przedłużających się i nudnych przedsięwzięciach.
jest lepko. cały świat się do nie lepi, a ja strzepuje go niecierpliwie z ramion. myślisz, że jak to jest? nie dostać się na na studia, nigdzie. wiem, że to kolejne, ale nigdzie cię nie chcą. wiesz jak to jest?

czas się wypiąć i znaleźc sobie inne miejsce, prawda?
musi się dużo dziać, bo zgnijemy. nie tam ci zmarnieć, struć się rzeczywistością,

mrożę ci kostki lodu w zamrażalce, na okłady z moich ust i słodkie zimne maliny

lato naszego związku

kwitnę

niedziela, 21 sierpnia 2011

Kiedy patrzę na Ciebie gdy przeciagasz sie w łóżku rankiem, naprężając ciało pod turkusowym tshirtem, kiedy widzę ciepłe spojrzenie podczas kolacji z rodziną, kiedy czuję zapach twoich włosów gdy zachodzące słońce głaszcze je promieniami, gdzy uśmiecham się do ekranu komorki gdy czytam o malowaniu, gdy słysze zmeczony głos w telefonie, gdy widzę jak ci smakuje nowe danie, gdy cieszysz sie jak znajdujesz śliczną rzecz w skrzyni ze starociami, jak słysze twój oddech w ciepla noc, gdy czuje twój zapach gdy zbliżasz sie w tańcu na parkiecie, gdy śmiejesz się z żartow w gronie znajomych, gdy skupiasz sie nad pracą, gdy planujesz i marzysz odplywajac w dalkie kraje daleko w przyszłość, gdy mnie starsz się zrozumieć nawet wtedy kiedy wiem że to trudne, gdy jesteś. W każdym tym momencie uświadamiam sobie jak bardzo Cię kocham i jak Cię potrzebuję.

jestem szczęśliwą kobietą,
tak mi spokojnie, frunę


mój kosmos Tobą pachnie,
przy Tobie jestem lżejsza, moje piórko,
moje kochanie, słodka powazności

cudny śnie

w ramie Twoich rąk.



co się dzisiaj stało? wczoraj, w ogóle, ostatnio, nie wyrabiam, tęsknię do teraźniejszości, bądź, szybko,


błagam przyleć i mnie weź

wtorek, 16 sierpnia 2011

such a sexy time of day

zabierz mnie do amsterdamu

jestem znudzona brzydkim, szarym, starym światem, łaknę cała sobą nowych, nowych, nowych.
miejsc, ludzi, spotkan, nowoczesnych budynków, i starych z nowymi stalowymi czerwonymi podporami, kanałów, nad którymi możesz przysiąść z pizzą i piwem, książek w nowych językach, kolorowej skóry, książek na turbo przecenowych targach, lumpeksów z najdroższymi projektantami, pchlich targów ze srebrnymi łyżeczkami, mieszkania z wielkim okenm, przy którym mogłabym malować, balkonu do ćwiczenia jogi, pięknych ulic, metra, rowerów, uśmiechnietych ludzi, którzy zuepłnie obcy rozmawiają ze sobą na przejściu dla pieszych, sąsiadów, którzy podlewają ci kwiaty, gdy ciebie nie ma, wina pitego na dachu, nocnych spacerów, nocnych rozmów, wschodu słońca nad wodą, ogladania mew, padania wieczorem do wspólnego łózka i budzenia się ze snem na ustach.

czwartek, 11 sierpnia 2011

nie bądźmy tacy zmęczeni. to wakacje. a jak nie ja to Ty, jak nie Ty to ja.
tak mało mamy czasu.
tak mało mamy siebie.



pada deszcz. upiekłam drożdżówkę.

jadąc deszczowym autobusem, pomyślałam, że to jest tak jak właśnie powinno byc. jest idealnie.
jestem z zgodzie z przeszłością. z tym co jest teraz. cieszę się na niewiadome, niespodziankowe jutro. trochę juz wiem, dużo zostaje ukryte.
to trochę jak kalendarz adwentowy.
zobacz, codziennie możesz wyjąć czekoladkę.
jeśli tylko chcesz.
i jeśli tylko potrafisz ją znaleźć.

w milionach szczegółów.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

krótko. zawsze. przez przypadek, jakoś tak wyszło. to mógł byc pociąg, samochód, autokar, stacja benzynowa. tak miało być i już.
i już.
to zabawne, niknie całość na około, kiedy jem z tobą sniadanie i idę obok prowadząc rower
małe codzienności










wiesz, że nigdzie nie chcę uciec? to dla mnie nowość.
kochany









Joel: I can’t see anything that I don’t like about you.
Clementine: But you will! But you will. You know, you will think of things. And I’ll get bored with you and feel trapped because that’s what happens with me.
Joel: Okay.
Clementine: [pauses] Okay. 





powiedział mi, że nigdy nie pytam go gorączkowo przez 10 minut, które buty na obcasie mam założyć i w których lepiej wyglądam. a przecież na spotkanie z byłym trzeba wygladać najzajebiściej na świecie!
ale po co?
żeby wiedział, co stracił.
wiesz co, baby to jednak chuje. mówi się, że faceci sa chujami, ale kobiety są jeszcze gorsze! przecież on się już pogodził z tym, że cię stracił, a ty mu jeszcze musisz szpilę...

cóż to takie babskie, ale inaczej się nie da. przecież nie pójde brzydka i nieszczęśliwa, nie?


ZWŁASZCZA, że kwitnę. i jestem najszczęśliwsza.


dobrze, niech wie, kogo stracił i kogo nigdy mu nie oddam

niedziela, 7 sierpnia 2011

kim jesteśmy, żeby się starzeć?




to trudne. chce mi się śmiać. leżymy na dwóch leżaczkach, opatuleni od stóp do głów, bluzy z kapturami, koce i śpiwory, ciepło zawinięte pod nóżki, takim babcinym sposobem. i gapimy się w gwiazdy trzymając się za ręce. to śmieszne. chcę wycierać ci gluty spod nosa. i żebyś ty mógł mi. chcę tak leżeć, nawet wtedy i właśnie wtedy, kiedy nie bedziemy umieli robić już nic innego. tylko cieszyć się tym, że wciąż nam się chce.

historie z przeszłości są tylko powidokami miłości, o której się mówi, kręci filmy i pisze wiersze. czymś niestałym, lekko nietrzeźwym, jak ciepła plastelina, którą zaklejasz sobie oczy. to się nie liczy, jest czas, kiedy uciekasz w uczucia, nic inne się nie liczy i
nadszedł czas, gdy uczucia zagarniają cię tak mocno, że wszytsko inne współpracuje, tak na prawdę, nie kłamię, że coś z tego wyszło.

wiem o tym.

niedziela, 24 lipca 2011

pachnę wiśniowymi muffinami z czekoladą, myślę o tobie.

nie chcę wychodzic, nie chce cie opuszczac, porwij mnie, wez okup, bedziemy miec za co jezdzic po swiecie.
a zadna liczba wielbłądów nam siebie nei zabierze.

poniedziałek, 18 lipca 2011

robaczku, to nie pasuje, nie?
kochany mój.

jestem w szoku pięknymi słowami i nasyconymi myślami dotyków, szepcę ci palcami muzykę, posłuchaj, jak gra skóra, szept, szept, skóra, szelest, szept, szminkę zostawiłam ci na policzku, cicho chichoczę w poduszkę. totalna głupawka rozedrganych szczęściem dłoni.
dlatego lubię z tobą chodzic do kina, kiedy mam na ciebie ochotę i nie mogę się na ciebie rzucić, tylko trzymam cię za rękę, podniecają mnie wszystkie słowa, o byle dniu, a ja cię pragnę. takiego codziennego.

jest ciemno, pod dupą mokra trawa, z której zaraz zjadę, ślizgaja mi się stopy i nie mam żadnego oparcia, nie wiem jakim sposobem trzymam się skarpy, nade mną fruwają białe kobiety, w mroku zrzucają na mnie drobinki i strzępy przez chwilę płonące w powietrzu, po chwili niknące w mroku, tak samo jak balone puszczane w kosmos, jak ten jeden, z życzeniem. słyszę piękny operowy śpiew, belgowie opanowali mnie kolorowymi strojami, a ja siedzę i trzymam się mocno butelki, zerkam na ciebie przez ramię, czy na pewno jesteś, czy to nie sen, czy jestem pijana, czy jestem realna, czy jesteś ciepły. szczypię się w policzki. siedzisz tu wciąż.



jesteś moim zapachem po deszczu.

jak to się dzieje. ubieram się, przymierzam ciuchy i zastanawiam sie- jak bardzo bedziesz mnie pragnal, kiedy mnie taka zobaczysz. a czasem zaluje, ze nie mogles nawet tego sprawdzic.
czuje sie zajebiscie aktrakcyjna, codziennie. jestem piekna. i nareszcie jest ktos, kto to docenia.






chcę wracać zmęczona do domu, po dniu pracy i ganiania, paść na kanapę, wcisnąc pod ciebie stopy, zeby zagrzac kostki, wypic herbate, wino, kakao, czytac razem skiazki, zasne, czytaj, albo kiedy bedziemy ogladac film, tak mi bezpiecznie.

poniedziałek, 11 lipca 2011

miałam długi okres, kiedy nie widziałam muzyki, dni nie miały melodii, kiedy miałam wybrać- nic nie nadawało się na podkład. tylko ogólny mix, z którego wyciekaly pojedyncze kawałki. a i one nie funkcjonują jako całość, nieprzerwana.
wróciła mi muzyka, douszna, dochodząca z różnych wymiarów. sączę jacaszka.



dziś pomyślałam, że mogliyśmy wziąć ślub 14.06. taki psikus. wnuki opowiadałyby swoim dzieciom, jakie to robiliśmy manewry. tylko kiedy 14.06 wypada w sobotę?
ale ja nie chcę mieć męża. jeszcze nie. kochany, jeszcze nie.


zanurzam się w ciebie, wtulam w zapach, który już wyparowal z mojego pokoju, koszulki, pościeli, ścian, krótkich notatek, które piszesz, żeby mi przypominać rózne miłe wyznania, bo pachną ci nadgarstki i papier wdycha zapach, jak ja.
jak ja.
idealny rytm, ruch klatki piersiowej i oddech na karku, czuje jak rozwiewasz mi sobą włosy, odpływam, zostawiam ci ciało, w twoich ramionach mogę zwiedzać inne rzeczywistości, wyprowadzam się, zmęczona i bezpieczna, uciekam i kompletnie nie uczestniczę. trzymaj mnie mocno, w pewnym momencie chcę się obudzić. na przykład wtedy, gdy nakrywasz mnie kocem, żebym nie zmarzła. i z nowymi siłami się w tobie zatracam.
z Twoich łopatek wyrywam skrzydła, lecę na nich i tracę zmysły, tuląc się do Twoich stóp- nigdzie nie jest bezpieczniej


nie ma czegos co jest zbyt piękne. mysle, że mozna cos caly czas doskonalić. wiesz co mam na mysli? kocham to, ze jesli czegos nie rozumiesz, chcesz to zrozumiec, i chcesz zebym ja zrozumial ciebie. inaczej to nie bedzie dzialac, wiesz o tym.


jestem babą totalną. buty, ubrania, torebki, bizuteria. dodatkowo kuchnia, jedzenie, przyprawy, naczynia, kubki. książki, muzyka, muzyka, muzyka, muzyka, wiersze. wieczny bałagan i wieczne zorganizowanie. frywolna odpowiedzialnosc, to moze tak funcjonowac? juz nie potrzebuje obcego osrodka rownowagi psycho-fizycznej.
teraz mam go w sobie.


jestem wszystkim tym, czym chce byc.

sobota, 2 lipca 2011

Wiem, że ten Dusseldorf to dla Ciebie ogromna szansa. Złapanie byka za rogi. Możliwośc rozwoju i otwarte później po takiej pracy bramy innych biur, którym na Tobie będzie zależało. I chcę, żebyś to wykorzystał. masz dwa tygodnie na odpowiedź, wiem, że dziś o niczym innym nie myślisz. jestem przy Tobie. i będę. i damy radę 4 miechy na odległośc, jeśli bedzie trzeba. będę jeździć, latać, żeby na weekend dłuższy spotkać się w amsterdamie, do którego będziesz mieć 2 godziny. może chociaż w ten sposób bedziemy go mieć. na razie. wiem, że nasze plany mieszkania w takim razie upadają. bo najprawdopodobniej zostanę tu, na studiach, których nie chcę robić, ale chociaż posunę się do przodu. ale chciałabym z Tobą ucieć.


moim marzeniem jest wyjechać za Tobą. pracować w barze. nie znam niemieckiego. szybko sprawdzam połączenia lotnicze. znalazłam za 40 zł, 1,5 godziny, do dortmund, myślisz ze byłoby to trudne? życie na skypie, czego tak bardzo oboje chcielismy uniknąć. a nasze wspólne mieszkanie? na razie znowu wyrok odroczony.

mysle, ze nie wszystko musi isc nam z górki, jak z płatka, wieczne dzieci kwiaty, którym wszytsko sie udaje. troche musi byc tych prób i trudnosci, zebysmy byli pewni. wiedzieli. ze to tak.
ze to my.
ze dalej Cię chcę.
chcę Cię tak bardzo. i będę chcieć.

sobota, 25 czerwca 2011

wyobraziłam sobie właśnie siebie, nas, za kilkadziesiąt lat. będę babcią, która robi sama syrop z sosny, tak jak teraz, wychodzę na cały dzien zbierać młode pędy, wybieram te najlepsze, może nawet uda mi się Ciebie co roku wyciagnąc na taka wyprawę i zbiory do kobiałek po truskawkach. na powietrzu czasem mniej boli mnie głowa. zasypujemy je cukrem, grzeją się na parapecie kilka tygodni, dziś zlewam z nich syrop. dwa razy filtruję przez bibułki zanim trafi do małych buteleczek po tymbarku, na jednej zakrętce "zauroczona" na drugiej "mój ty tygrysie mrrrrrr", wyciskam palcami bibułki, oblizuję kazdy palec po kolei, szkoda myć. pędy zaleję spirytusem, rozcienczymy później wódką. obok mnie stoją zawekowane słoiki z dżemem rabarbarowo pomarańczowym. łatwizna doz robienia, a rabarbar to takie przyjemne rośliny, same rozbierają ci się w palcach. będę mamą i babcią ze spiżarnią, z kolorowymi słoikami pełnymi smakołyków, własnoręcznie pięknie opisanymi "dżemorabarbar, czerwiec 2011", pierwsze już są.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

no to wkładamy w puszkę.


nasze wspomnienia, plany, marzenia, wyznania. co bedzie aktualne za te 3,4 lata? równocześnie dziwne i podniecajace doświadczenie.

mylą nam się słowa, mylą nam się osoby, my jesteśmy po środku, prosty wybór, ja jestem tobą, ty jesteś mną, to miedzy nami siedzi nam w głowach, miedzy głowami, widzę plątaninę pastelowych nitek, spaghetti LEDowe, iskrzy się między nami.

chcę przy Tobie zasypiać.
chcę się przy Tobie budzić.
chcę z Tobą mieszkać.
chcę z Tobą żyć.
chcę do Ciebie wracać.
chcę na Ciebie czekać.
chcę Ci gotować.
chcę Ci zmywać naczynia.

oo.

chcę cię mocno trzymać. będe cię mocno trzymać.
te urodziny co roku będą magiczne.

zobacz, jaki cudny plan. gotowy. ja zajmę się jedzeniem na wyprawę, twoją wyprawę nad pełne morze, dawno nie czułam tej bryzy, później wino i spacer spacer po moich łąkach, na spokojnie, nigdzie się nie spieszmy.

ja mam mnóswto czasu.
ja też.
wszystkiemu damy radę, ja to wiem, dam z siebie wszystko.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

jestem taką sinusoidą.
od krzyczenia barwami staję się nagle totalnie jednolita, koloruj mnie, szybko, bo czasem blednę i nic na to nie mogę poradzić, sama staczam się w dół po pochyłej, szarej i zimnej. coś mnie musi kopnąć w dupę.
chciałabym zwalić to wszytsko na hormony, to że wrzeszczę i powtarzam czasem w głowie takie sprzeczności, że samej robi mi się od nich nie dobrze i nie chce mi się wierzyć, że potrafię tak o nas myśleć, mdlące zgniłe powietrze.

rozgryzasz mnie powoli, sama się docieram, nie zawsze rozumiem, ale muszę się trochę oddalić, żeby wrócić ze wzmożoną siłą, na pełnej kurwie kochać Cię jeszcze bardziej.
irytuja mnie małe rzeczy, tak, że gdy się powtarzają, wkurzam się coraz bardziej, robię miny i ranię nas oboje, mam dość, nic nie mówiąc, a jak ubiorę w słowa, to wszytsko ładnie układamy, problem znika, a ja dalej noszę w sobie złość, nic nie przechodzi.
chcę krzyczeć, płakać we wściekłości, uciec, wybiec, rzucić talerzem, kopnąć śmietnik, chcę żebyśmy spotkali się w połowie w szale i rzucili się sobie nawzajem z emocjami, żeby poczuć, że tu, to tu
ale nie, Ty spokojnie rozwiązujesz każdy supeł na mych splątanych włosach, powoli rozprostowujesz moje palce, które w nerwowym szale bawią się pierwszym napotkanym guzikiem, sznurkiem, mankietem, długopisem, zapalniczką, słuchawkami, pierścionkiem, wisiorkiem, butelką....
to nie do zniesienia.

potrzebuję burzy

właśnie dlatego, że Cię kocham i nie mogę znieść tych suchych czarnych wyblakłych myśli o tobie, które mam, kiedy jestem zalana po uszy gównem, jakby nie były moje, ale słyszę je i nie chcę ich.


a następnego dnia nie mogę wypuścić cię z rąk, patrzę w rozszerzone źrenice, słonce łaskoczące cię w kark, słucham bajek, opowiadanych mi na dobranoc i kiedy trzymam  cię w ramie moich ramion, mam wrażenie, że chronię cię przed złem całego świata, że mogę być twoją tarczą, że jesteśmy na granicy, ciepłej pustki i nie puszczę cię. nie puszczę. nie musisz się bać.

to okrutnie schizofreniczne.

niedziela, 22 maja 2011

wiem, ze jestem nieznośna.
irytująca. wkurwiająca. nie myśląca o wielu istotnych rzeczach, zapominalska, roztrzepana, rozkojarzona, nieodpowiedzialna.
zwlaszcza w takie dni jak dzisiaj, gdy placze z byle powodu i czuje sie z byle powodu odrzucana. wymyslam w głowie scenariusze, gdzie jestes taki, jakiego nigdy bym cie nie chciala, dzieja sie sytuacje, o ktorych boje sie myslec, oskarzam cie w myslach i nie masz juz zadnej linii obrony, jestes skazany, za cos, czego w rzeczywistosci nie zrobiles, ale ja juz latam ze wscieklosci i za chwile placze z bolu, a pozniej z głupoty, ze sama sobie takie rzeczy robie.
przeciez nic sie nie stalo. dalej jestes tam gdzie byles, tylko ja odplywam myslami. tak mi na tobie zalezy, chorobliwie boje sie ciebie stracic, wolalabym byc na to przygotowana, to glupie, ale nic na to nie poradze.
wtedy placze i sama nie wiem czemu, ale potrzebuje, zebys byl, po prostu mnie przytulil, zebym mogla spokojnie poplakac, nie pytaj o co chodzi, sama musze sie z tym zmierzyc, a jestes najbardziej mi pomocny, gdy bronisz mnie silnym meskim ramieniem, ktorego wlasnie teraz potrzebuje, zeby mnie objelo.

mam okres. tak, jestem wkurwiajaca.
ale dalej cie kocham.

czwartek, 19 maja 2011

to banalnie proste.
nie widze cie 3 dni i kiedy w koncu idziesz w moja strone, zarzucam mysli na twoj kark, potrzebuje natychmiast twojego dotyku, stalego, sprawdzilabym godzine, ale musialabym wtedy puscic twoja reke, juz wiem, dlaczego szczesliwi czasu nie licza.
znikaja w nas kolejne butelki wina, wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia i czytam z ruchu warg. tak, wszystko wiem.

i wszytsko sie tak magicznie uklada, jest jak powinno byc, tylko wystarczy dbac o terazniejszosc, przyszlosc sama sie z niej zbuduje, wierze w to. nie musisz w to wierzyc sam, podwojnie mamy dwa razy wieksza moc.

jest cudnie.

siedzmy w tej lodce, z moimi rodzicami, na srodku pola, pijmy wino, jedzmy oliwki, bagietke z wloska oliwa, ktora mozemy wciagac litrami. z solą.



smaczki smaczki. znalazłam mój smaczek. ty.

sobota, 14 maja 2011

"Zatrzaskuje drzwi rzucając ostatnie „dowidzenia” i „dziękuję”. Są fajną parą, polubiłem ich mieć razem. Przeskakując trawnik myślę o tym, co im powiedziałem. My. Liczba mnoga jedności. Robimy imprezę razem – co robicie w połowie czerwca? Pracujesz? No tak ona pracuje i to ciężko, podziwiam to i wiem, że dobrze trafił. zasłużył na to, z resztą oboje na siebie zasłużyli. Czy tak jak my? Tak.
Przebiegając na czerwonym do tramwaju gdzieś na dnie świadomości mam myśl o kilku ostatnich miesiącach. Wpadam do tramwaju, 5, ostatni kurs. Mało ludzi jakieś parki, kilkoro zmęczonych po pracy, ludzie ode mnie z osiedla. Siadam i wpadam w czarną dziurę odizolowania. Tak jakbym wcale nie jechał tym tramwajem. Myślę o Tobie. Czy macie czas w połowie czerwca? Zaczynam się zastanwiac nad posiadaniem stałych w życiu, wiesz takich rzeczy, na których można polegać. Dotychczas niewiele ich miałem, bardzo niewiele. Teraz jestem bogaty. I szczęśliwy. Wyłączony z gniazdka rzeczywistości płynę stalowym pojazdem przez czerń nocy. Przystanek, szybka wysiadka i ciepły wiatr na ciele. Zrobiła się wiosna. Ni wiem skąd czuje zapach kwiatów unoszaczych się nade mną. Tu ich nie ma, były gdzieś tam w przeszłości, ale tak jakby wczoraj, dziś. Idę, a zapach świeżego chleba przeplnia cała ulicę. Jak dawno nie sprawiało mi tyle radości zwykle maszerowanie ulicą. To był dobry wieczór. Kilka mochito, niezliczone lampki wina, jakieś inne kolorowe trunki. Ogólnie dobry wieczór. Starała się – jedzenie na plus, dotrze się. Najważniejsze, że ma chęć i próbuję, nie czkając na magicznego kucharza z bajki na białym koniu i z tytułami Mister Universum i Mistrza Patelni w jednym.
Kolejne kostki brukowe znikają mi pod nogami. Lewa, prawa, but brązowy. Cześć. Rzucam do znajomego na przystanku. Stoi z grupa znajomych. Jacyś kolesie kilka panien. Fajne. Ból. Nie ma cię z boku. Brak mi ciepła w ten ciepły wiosenny wieczór. Ciepła, które ogrzeje mnie od środka.
Zaczyna się. Takie momenty przychodzą znienacka. Odpływam w ocean myśli o wszystkim i o niczym. Kolejne kostki bruku znikają mi pod nogami.
To, co zdarzyło się ostatnio. Mam w to wierzyć? Chcę ,wierzę, choć momentami czuje się jak w dobrej części opowiastki braci Grimm. Czekam na potwora albo morał. Nie chce czekać, Wszystko się buntuje. Nie będzie tak, bo to ja pisze te historię. Po raz pierwszy zaczyna mi brakować dyktafonu lub kartki. Usiadłbym i wszystko napisał. Dla siebie. Nas. Wiem, że jesteś jedyną, która zrozumie. Krawężnik. Mija mnie policja.
Zaczynam się zastnawiac co ja tu robię. Moja ulica – ale nie moje miejsce. Czuje to, ale w głębi duszy się z tym nie godzę, serce mowi co innego. Kocham to miejsce ale wiem, że musze zbudować przyszłość bo nie jestem w niej sam. To nie tylko moja przyszłosć, wiem, że kilka miesięcy temu to przestało być tylko to, co ja chce i co ja uważam. Uśmiecham się. Przez moment zastanawiam się jak bardzo ty poświęcasz się dla nas – zostawiam te myśl, nie ma logicznego sensu – w tym co czuję nie ma miejsca na to.
Kolejny uśmiech. Uda się. I nie ma znaczenia, że nie jestem znajomym prawnikiem z opowieści kolegi z kolacji. Nie będę notariuszem, zarabiającym podpisem – i wiem ze ty tez nie. Nie martwię się tym. I tak jesteśmy bogaci. Mamy coś czego nie można kupić.
Wchodzie po schodach. Szczekanie psa. Odstani powiew wiosny. Światło się jeszcze pali. Nie czekali na mnie. Na mnie już od dawna nikt nie czeka. P raz kolejny odczuwam brak maszyny do pisania, ale postanawiam że cokolwiek by się nie działo, siadam do komputer i to spisuje, potrzebuje tego.
Odsuwam rząd kurtek powieszonych w szafie. Szukam wolnego wieszaka. To nadal mój Dom, ale potrzebuje swojego miejsca. Miejsca po mojemu, naszemu. Wiem że wniesiesz do niego to czego ja nie potrafię. Takie dopełnienie, jing jang. Jest wolny wieszak.
Zapalam światło, patrzę się na zmęczoną twarz w lustrze. Znam te oczy. Wiedza czego chcą i czego pragną. Gdy kręcę w prawo szczotką myślę o Tobie, gdy w lewo o sobie. Teraz przód, góra dół. My. Woda, i przyjemnosc chłodnego płynu w gardle. Znowu spojrzenie w lustro. Czas popracować nad sobą. Dla mnie to ważne, a i ty na tym skorzystasz. Schodzę na dół. Światło, Rzut oka na łóżko. Dziś znowu śpię sam. Wracaj. Albo nie. Idźmy. Tam gdzie nasze miejsce."

wtorek, 10 maja 2011

lubię jak kleją nam się oczy. prześwituje ci wtedy skóra, potrafię ją przejrzeć na wskroś, przegryzam się do miąższu i rozcieram cię o wnętrza policzków, każde słowo, smakuje i ulatuje nam nad głowami, pachnące zwiewne chmury.




oh tacy właśnie jestesmy. delikatni i rażący, płyniemy we własnym kierunku, czasem unoszeni prze fale, czasem skurczami ciał zmieniamy kierunek.

jestem znudzona tym życiem. tym miastem, panstwem, ludźmi, szarą breją, która podcina ci ledwo co przyrośnięte skrzydła. nawet tak banalne rzeczy jak mieszkanie i jedzenie są szalenie trudne. już berlin jest tańszy.
to smutne. ale tylko z jednej strony.

nie wiem w którą stronę mam iść, mam tylko świadomość, że to nie jest kierunek studiów dla mnie, nie chcę być wnętrzarzem, nie chcę siedzieć przy komputerze, jestem manualna, mam palce, to nimi lepię makiety, maluję obrazy, wycinam formy, odciskam kleksy na ogromnych formatach, gotuję, tworzę.
jestem manualna. totalnie. nie mogę być zamknięta w klatce projketowania kresek, ocipieję.
nie zamykaj mnie.

muszę skończyć ten licencjat, spiąc dupsko i wszystko skończyć, tylko ile bedzie się to za mną ciągnęło? jak smród po gaciach, całe życie? muszę coś dalej, ale to nie to. wiec jak nie mam alternatywy to na prawde musze to ciagnac?
wiem, ze jakiejkolwiek decyzji nie podejme, bedziesz stac obok, wspierajacy, gotowy zmieniac swiat, zeby nam sie udalo.
zaczyan sie robic ciezko, wyplywamy na glebokie, dorosle, dojrzałe wody, na horyzoncei duzo odpowiedzialnosci, zmartwien, pracy i strachu.
ale wiesz, razem bedzie razniej. a oprocz tego- pieczemy wlasny chleb. czego chciec wiecej?